Lubimy kabarety – nie tylko na YT ;), więc idziemy na Hrabi live

Najlepsze są najprostsze rozwiązania, ale człowiek czasami lubi sobie skomplikować życie. I tak właśnie było w moim przypadku.

Nigdy nie lubiłam niczego planować „do przodu”. Może „nie lubiłam” jest złym określeniem. Zawsze, jak coś zaplanuję w perspektywie dłuższej niż jeden tydzień, okazuje się to nierealne – oczywiście z przyczyn ode mnie niezależnych. Nauczyłam się już, że najlepiej planować aktywności na weekend w środku tygodnia. Wtedy jest pewność, że na 99% wszystko się odbędzie. W innych przypadkach prawdopodobieństwo wynosi 50% a może nawet jeszcze mniej.

Podziwiam osoby, które miesiącami przygotowują się do jakiegoś wyjazdu. Skrzętnie wybierają miejsce wycieczki, szukają atrakcji, które są w pobliżu miejsca wypoczynku, mają cały dzień zapełniony. Plan urozmaiceń wyjazdu przewiduje wszystkie warianty: deszcz, słońce, wiatr itd. Ja tak nie umiem. Wyjeżdżając z domu mam zarysowany plan tego, co chciałabym zwiedzić i zobaczyć, ale jestem otwarta na wszystko, co po drodze się wydarzy i jadę raczej z nastawieniem „niech się dzieje, co chce” a nie „muszę zobaczyć/zwiedzić/poznać to, to i to”. Niestety, czasami moje postępowanie ma swoje minusy.

W środę po południu zobaczyłam plakat w Urzędzie Miasta z informacją, że w najbliższy piątek o 19:00 odbędzie się występ kabaretu Hrabi w Lesznie. Joannę Kołaczkowską kocham za wszystko: jej głos, poczucie humoru, autoironię, umiejętności aktorskie, śpiew (piosenka Song porzuconej w jej wykonaniu to arcydzieło!), cykl audycji „Myślę, więc uważam, że…” w Radiowej Trójce – to jest miłość od pierwszego skeczu. Dlatego, kiedy zobaczyłam plakat wiedziałam, że muszę zobaczyć Hrabi na żywo w Lesznie. Każdy rozsądny człowiek, któremu na czymś bardzo zależy, w tym momencie poszedłby do najbliższej kasy i kupił bilet na kabaret. Ale nie ja. W końcu mam jeszcze cały czwartek i piątek na kupienie biletu. Kupię sobie przez internet.

scena

Jest czwartek wieczór. Wchodzę na portal, gdzie można kupić bilety na kabarety. Odnajduję Hrabi w Lesznie, klikam „Kup bilet” i co się ukazuje moim oczom? Dostępne są tylko ostatnie rzędy! Zero wolnych miejsc chociażby w rzędzie 5 czy 6, pierwsze wolne zaczynają się dopiero od rzędu 16. Gdybym miała 180 cm wzrostu zapewne nie przejmowałabym się taką informacją. Jednak w moim przypadku (158 cm wzrostu) każdy dalszy rząd równa się schylaniu, odginaniu głowy i kukaniu boczkiem przez osobę siedzącą przede mną, żeby móc widzieć scenę. Parę razy już tak było: ktoś wyższy i postawniejszy siedział zaraz przede mną a wtedy przyjemność z oglądania show na scenie jest równa zeru. Dlatego lubię, kiedy miejsca nie są numerowane. Wtedy idę na dany koncert godzinę wcześniej, zajmuję wygodne miejsce jak najbliżej sceny i widzę, oglądam i widzę wszystko, co na scenie się dzieje.

Mając przed oczami wizję siedzenia za kimś i kukania zza drugiej osoby przez dwie godziny w celu zobaczenia boskiej Kołaczkowskiej postanowiłam spytać znajomego dziennikarza, czy ma na zbyciu dwa bilety w dobrych (widocznych) miejscach. Odpowiedział, że bilety w redakcji rozeszły się jak świeże bułeczki i nie może mi pomóc. Drugą deską ratunku miała być moja koleżanka, która pracuje w Wydziale Promocji. Dzwonię, pytam o Wielkanoc, samopoczucie, aż w końcu decyduję się na ten odważny krok i pytam o dwa bilety w fajnych miejscach. I dupa. Ona również nie miała biletów i poleciła, żebym zadzwoniła jutro rano do jednej z kas, w której można kupić bilet, bo może jeszcze jakieś resztki zostały. Dobre i to. Lepiej słyszeć i kukać na Hrabi niż obejść się smakiem.

Byłam zła na siebie, że nie poszłam kupić biletów w pierwszej chwili, kiedy dowiedziałam się o występie grupy. Pomyślałam, że w ostateczności mogę siedzieć na schodach, po turecku przed sceną, obojętnie gdzie. Najważniejsze to być na Hrabi – jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo, a podobno są świetni. Kasa biletowa jest czynna od 9:00. Równo o godzinie 9:01 dzwonię do pierwszego miejsca, gdzie można kupić bilety i dowiaduję się, że są wolne dwa miejsca w drugim rzędzie, (HUUUURAAAA!) jedno na początku rzędu drugie na końcu rzędu (BUUUU 🙁 ). Miejsca koło siebie są wolne w rzędzie 6 i w kolejnych. Teraz mam dylemat: kupić miejsca w drugim rzędzie, ale nie obok siebie czy w szóstym, który jest znacznie dalej? Głos w telefonie sugeruje, aby zadzwonić w jeszcze jedno miejsce, gdzie odbywa się sprzedaż biletów.

Dzwonię. Pytam o miejsca i cenę. I w tym momencie nawet nie potraficie sobie wyobrazić szczęścia, jakiego dostąpiłam. Okazało się, że są! Są wolne miejsca w pierwszym rzędzie! Dwa obok siebie! Totalna euforia w sekundę zagościła w mojej głowie! Będę na Hrabi, dziś wieczorem, usiądę w pierwszym rzędzie i nikt, absolutnie nikt nie będzie mógł mi przesłonić ani Aśki, ani Kamola, Bajera czy Lopeza! To będzie wspaniały wieczór.

hrabi 1

A morał z tej historii jest taki: najprostsze rozwiązania są najlepsze. Następnym razem w pierwszej kolejności zadzwonię do kasy biletowej i spytam o wolne miejsca w pierwszym rzędzie.  Ale co sobie przy okazji pogadałam ze znajomymi i najadłam się strachu to moje 😉

PS. Andrzeju, zepsułeś mi weekend!