Słodko-gorzki. Czyli cena „pięciogwiazdkowego” życia?

Mam 34 lata a więc niezły kawałek życia już za mną – co istotne, przeżyty bardzo różnie, bo i na wozie, i pod wozem – to drugie w moim odczuciu w większości. Przede mną pewnie dwa razy tyle jeszcze (ktoś tu chce oszukać statystyki ;P ). Zapytam:  kto wie, kto mi powie, kto zagwarantuje, jak te kolejne lata mi się ułożą, co mi dane będzie, a co nie? I jeśli ten czas, który jest teraz, to mają być najlepsze chwile w moim życiu? Jeśli tak, to mam się, właśnie nimi, nie cieszyć?

 

Moi rodzice dali mi wszystko co mogli, wszystko co mieli, by dać. Nie tylko mi, bo to co w domu było, ale i to czego nie było, trzeba było dzielić przez troje – mam dwie siostry. Pamiętam, a bardzo przypominać sobie nie muszę, czasy kiedy było naprawdę ciężko – wiem to dopiero dziś, domyślając się sam i już rozumem dorosłego, a nie dziecka jak wówczas, analizując sytuacje w domu, położenie rodziców itp. – kiedy w naszej rodzinie trzeba było a to zacisnąć naprawdę pasa, a to postawić wszystko na jedną kartę – nie po to by wygrać, a po to by nie przegrać!

 

koment2

 

Dlatego nie zgadzam się na ocenianie człowieka poprzez ocenę jakiegoś mikro wycineczka, nawet nie jego życia, a jedynie jego działalności, aktywności w jego obecnym życiu. Nie znasz jego historii, nie znasz jego motywacji, nie znasz go. Nie zgadzam się na szufladkowanie: ten zły, ten dobry, poprzez antagonizowanie: szczęśliwy to gnojek, umartwiony to szlachetny. Nie zgadzam się!

Uśmiech mi z papy schodzi, powoli. Powoli. Przełykam ślinę. Już przez ściśnięte gardło. Dziewczynka. Jedna. Obok tej wrzeszczącej kolejki i odchodzących już z pełnymi tackami z zestawami… Stoi i patrzy spłoszona w te podświetlone pylony z ofertą fastfooda… W ręku trzyma rozprostowane… 10 zł. Kurwa, nie! Mówię w myślach. 10 zł… Najgorzej!

Kiedy cieszę się moim dzisiejszym szczęściem, nie jestem innym człowiekiem, niż Kuba z podstawówki, z liceum, ze studiów – może kiedyś Wam opowiem, kim byłem w każdym z tych moich okresów życia i w jakim przykrym gównie czasem pływałem. Może nie. A nawet jeśli, to z pewnością w innym kontekście, bo w tym, nie czuję obowiązku legitymizować właśnie w ten sposób, swojego prawa do szczęścia i jego wyrażania. Wiem z całą pewnością i z pełną stanowczością mogę to dziś powiedzieć, że to kim jestem dziś, zostało ukształtowane wtedy.

A dziś… Jestem w galerii handlowej, wcinam jakiegoś fast fooda, kończę już powoli. Nagle gwar, harmider – przyszła wycieczka szkolna, kolejka się robi z dzieciaków natychmiast, lecą zamówienia jedno po drugim, patrzę i uśmiecham się do siebie – bo to taki klasyk wycieczkowy. Uśmiech mi z papy schodzi, powoli. Powoli. Przełykam ślinę. Już przez ściśnięte gardło. Dziewczynka. Jedna. Obok tej wrzeszczącej kolejki i odchodzących już z pełnymi tackami z zestawami… Stoi i patrzy spłoszona w te podświetlone pylony z ofertą fastfooda… W ręku trzyma rozprostowane… 10 zł. Kurwa, nie! Mówię w myślach. 10 zł… Najgorzej! Co kupisz za 10 zł w KFC? Szklą mi się oczy, drżą ręce, ciśnie pod mostkiem, bo mi się przypomina. Tą drżącą ręką wyciągam z portfela dwie dychy. Niepewnie podchodzę do młodej. Zupełnie bez sensu pytam ją co chce sobie zamówić – bez sensu, bo wiem że i tak daję jej dwie dychy a za trzy już wybierze sobie, co chce. Ona patrzy, chyba chce coś odpowiedzieć ale ja odwracając się spierdalam czym prędzej, bo sam nie wytrzymam a i młodej w zakłopotanie nie chcę wpędzić, póki nikt nie orientuje się o co chodzi.

Przeżywam to wewnętrznie jeszcze pół dnia, bo wiem, że ona też z tym chodzi do wieczora, albo i kolejny tydzień. Skąd wiem? Bo nieraz byłem taką dziewczynką. Tylko bez tej dychy. I bez tych dwóch kolejnych też.

I z historią z galerii, która jest jedną z setek podobnych u mnie, nie lecę na fejsbuka i nie dziergam rzewnego statusu na milion lajków i milion #kubatakidobry, by budować swój wizerunek miłosiernego filantropa vs zimny materialista.  Nie mam potrzeby. Nie mam potrzeby głoszenia światu, że niosę dobro. Ja je niosę organicznie i codziennie. Na moim fejsbuku, prywatnym i blogowym, zobaczycie moje szczęście – bo mam potrzebę. Kiedyś ludzie pomagali, dziś dużo mówią o tym, że pomagają.

Dzisiejszym szczęściem cieszę się w pełnej pokorze przed życiem. Drżąc o to, co będzie dalej, bo znam już te inne jego strony. A cieszę się teraz nim podwójnie, potrójnie i jeszcze więcej, po stokroć. Bo tłumaczę sobie, że tamten mój przeszły czas, ten bardziej szary, to był czas oszczędzania. Że to wszystko czego życie zaoszczędziło mi jako dziecku, to czego nie było mi dane spróbować, doświadczyć, czego wbrew woli musiałem sobie odmówić, dziś z odsetkami ja mogę wypłacić mojej rodzinie, mojej żonie, córce… Że moja rodzina dziś ma siedem razy to, co miałem ja. I tym się cieszę.

 

Nie ma żadnej sprzeczności w tym, by być szczęśliwym, żyć pełnią a jednocześnie mieć na uwadze los tych, którym aktualnie jest gorzej. Tak, zaznaczę: aktualnie, bo patrząc na moje ledwie trzydzieści parę lat, to i tak już wiem, jak nieprzewidywalne są koleje… Ważne, by mieć tego pełną świadomość.

 

Ten wpis to dobra okazja, by wskazać każdemu, kto nie godzi się na to, że innym jest gorzej, jak łatwo można pomóc. A możesz zrobić to zawsze, niekoniecznie  na fejsbuku zarzucając komuś, że „ma lepiej” – to droga donikąd. Nie musisz też akurat trafić na dziewczynkę z dychą, czy piątakiem… Takich dzieci jest mnóstwo. W ich niełatwym życiu pomaga np. Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce, jeśli zatem nieobojętny jest ci los dzieci, którym życie nie wypłaca dziś pełnej stawki:

 

Rób dobro.