Rola ojca

Dziś chcę podzielić się z Wami tekstem, który wpadł mi na komputer wczoraj i jako młodego tatę poruszył i spowodował we mnie kilka refleksji. Tekst pochodzi z www.psychologiakobiety.pl.




Ja przeczytałem go z zapartym tchem:

Niedawno nasz najmłodszy syn miał wypadek. Wyglądało groźnie, na szczęście już wszystko dobrze. Ale po kolei.
Wydawało mi się, że w każdej sytuacji potrafię zachować zimną krew. Do tej pory tak było. Przy naszej trójce żywych sreber mniejsze i większe uszczerbki na zdrowiu są niemal nieodłączną częścią każdego dnia. Trudno mi zliczyć, ile razy nastawiałam zwichnięte ręce, ile razy domowymi metodami udawało się uniknąć wizyty w szpitalu. Nasze dzieci też raczej ze spokojem podchodziły do tych spraw. Zastanawiałam się skąd u nich ten spokój i opanowanie. Zastanawiałam się też skąd u mnie to opanowanie. Myślę, że dotychczas w każdej sytuacji wiedziałam co robić, dlatego byłam spokojna i dzieci również.
Jednak ten ostatni wypadek zaskoczył mnie samą. Dopóki potrzebna była szybka interwencja to działałam jak zaprogramowany robot, ale później, kiedy wszystko leżało już w rękach lekarzy zupełnie się rozsypałam. Nie będę szczegółowo opisywać tego, co przytrafiło się mojemu synowi, bo mi samej trudno o tym jeszcze mówić, a poza tym nie chcę wywoływać niepotrzebnego lęku u tych, którzy czytają ten wpis. Nie to jest jego celem.

Mój syn widział moje przerażenie (postawiłam cały szpital na nogi). Starałam się je ukryć, ale im bardziej się starałam, tym gorzej mi to wychodziło. Dlatego wyszłam z sali operacyjnej. Zostawiłam tam męża. Serce mi pękało, bo nie chciałam, żeby mój syn czuł się przeze mnie porzucony w tej sytuacji, ale stwierdziłam, że jeśli zostanę mogę przysporzyć wszystkim tylko więcej nerwów. Nie wiem, ile kilometrów przemierzyłam w tę i z powrotem po szpitalnych korytarzach. Myślę, że sporo, o czym świadczą obtarcia na stopach (tak się spieszyłam, żeby jak najszybciej dotrzeć do szpitala, że założyłam kozaki na bose stopy. Najzabawniejsze jest to, że zauważyłam te obtarcia dopiero po tygodniu, jak sytuacja się ustabilizowała i stres opadł). Biegałam po korytarzach, chciałam uciec jak najdalej, żeby nie słyszeć krzyku dziecka ale jednocześnie bałam się go nie słyszeć.
Mój mąż był cały czas przy dziecku. Cały czas opanowany. Cały czas mówił do syna spokojnym głosem. Nie wiem, ile cała operacja trwała. Dla mnie, biegającej po korytarzach, to były lata.
Tego dnia coś się zmieniło. Między synem i ojcem nawiązała się nowa jakość relacji oparta na bezgranicznym zaufaniu dziecka do ojca. Mój syn czuł się bezpiecznie, bo jego tata zachowywał się jakby ten cały wypadek był czymś normalnym, przez co każdy w życiu przechodzi. Ojciec nie dał synowi poznać powagi sytuacji.
Mąż został z synem przez pierwsze kilka dni. On się nim zajmował, ja … się bałam.  Bałam się, że coś uszkodzę. Najchętniej nie wychodziłabym ze szpitala, bo tam czułam się bezpiecznie, że w razie czego, pomoc będzie na miejscu. Zupełnie bez sensu, teraz sama się z siebie śmieję. Ale pocieszam się, sądząc, że wiele matek zachowywałoby się podobnie do mnie. A może nie…
Kiedy mąż wrócił do pracy, ja pojechałam z synem do szpitala na kontrolę. W poczekalni było kilkoro dzieci, wszystkie bardzo płakały (patrząc na ich mamy, miałam wrażenie, że są jeszcze bardziej przerażone niż dzieci). O ile dotychczas mój syn zachowywał zimną krew, nagle zaczął się bardzo bać i pierwszy raz od wypadku zaczął płakać. Pierwszy raz od wypadku nie było przy nim taty… Poprosił, żebym zadzwoniła do taty. Mąż był w trakcie spotkania, ale przerwał je (bardzo to doceniam) i zamienił z synem kilka zdań. Po pierwszych słowach syn już się uspokoił. Po zakończonej rozmowie uśmiechnął się do mnie i ruszył w kierunku gabinetu zabiegowego. Miałam łzy w oczach. Wtedy zobaczyłam, co zadziało się w głowie dziecka przez te kilka trudnych dni. On wie, że z tatą może ruszać w świat. On wierzy, że z tatą pokona każdą trudność. On jest przekonany, że z tatą da radę.
To jest ta niezwykle ważna rola ojca-przewodnictwo. Tylko ojciec może pokazać dziecku, że świata i życia nie warto się bać. Tylko ojciec potrafi przekazać dziecku ten niesamowity spokój i odwagę. U matki na twarzy zawsze malują się emocje. Ojciec, dla dobra sprawy, potrafi je ukryć.
Od tamtego czasu syn ciągle pyta, kiedy tata wróci z pracy. Wszystko chce robić z tatą. Do mnie nadal się przytula, ale w tamtych dniach, dzięki swojemu  tacie, poczuł się mężczyzną. Małym, bo dwuletnim, ale mężczyzną. Wiem, że wtedy na sali operacyjnej i czas po wypadku, który spędził z tatą, dał mu porządny fundament męskiej tożsamości. To była jego pierwsza w życiu prawdziwa lekcja męstwa. Wiem, że o niej nie zapomni. Wiem, że ona będzie procentować przez lata.
Dziękuję Kochanie!

Dziewczyny – jak bardzo ważne (bądź też nieistotne) dla Was są relacje Waszych partnerów z Waszymi dziećmi? A może i tatowie napiszą coś o swoich doświadczeniach. Pewnie różnią się one też, kiedy jest się ojcem syna a tatusiem córeczki?

Komentarze