Blog parentingowy dla mamy i taty. Prawdziwy parenting i lifestyle z dzieckiem. Początkowo ciążowy, teraz rodzinny.

Hulakula w Warszawie – miejsce dla dzieci?

Zgodnie z zamierzeniami udało nam się, będąc w Warszawie odwiedzić jedno z miejsc podobnych do tego w Lesznie, którym się zachwyciłem i z zachwytu tego wyjść nie mogę. Będę więc do ukończenia 16 roku życia mojej pierworodnej “zabierał ją” na takie atrakcje! 🙂

Kiedy wybieraliśmy się się do Warszawy, Maria zapytała Was na fejsbuku jakie miejsca tego rodzaju macie sprawdzone i polecacie. My po spotkaniu z Jeanette Kalytą, pamiętając, że któraś z Was pisała o takim placu zabaw dla dzieci w Arkadii, pojechaliśmy właśnie tam – mamy dobre wspomnienia z tego – bądź co bądź, na ogół zatłoczonego i niby pospolitego centrum handlowego, jednak onegdaj kupiło nas to miejsce, tym jak wita i gości się tam rodziców z potomstwem – O TUTAJ zobaczycie co to takiego.

Tym razem jednak zgubiła nas nasza niefrasobliwość – źle zapamiętaliśmy nazwę CH podaną nam na FB (tam była mowa o ZT i BC) a w Arkadii znaleźliśmy tylko mały basicowy “placyk-przechowalnię” dla dzieci – taką na czas zakupów. Nie było tam też za bardzo opcji spokojnie zjeść – bo wszystko na zatłoczonym i otwartym foodcourcie – szał świąteczny już widać :). Uratowała nas wygodna kanapa w korytarzu, na której rozsiedliśmy się by opracować dalszy plan działań, którego pierwszym punktem było: ucieczka z Arkadii :).

Upewniliśmy się co mamy bliżej: Kinderplaneta czy Hulakula. Padło na Hulakulę. Pojechaliśmy tam. Byliśmy też strasznie głodni a w necie była informacja, że mają tam restaurację, na stronie Kinderplanety takiego info nie znalazłem. Śmiesznie się tam wchodzi – jakimś takim pasażem podziemnym ze sklepikami o dziwnych branżach. Nieco mi się wyjaśniło, kiedy byliśmy już przy wejściu do Hulakuli – to nie jest typowe miejsce rozrywki dla dzieci a zdecydowanie klub/impreza/bowling/salon gier dla dorosłych z niedużym DODATKIEM w postaci sali dla dzieci.

Mimo dziwnego uczucia przebywania z półtorarocznym dzieckiem w knajpie o typowo nocno-weekendowym wystroju, oświetleniu, i ogólnym klimacie, gdzie ewidentnie czuć historie niejednej szalonej nocy miasta stołecznego – zostaliśmy. Nie zamówiliśmy Gabi jednego z drinków z wszech wiszących plakatów, natomiast zjedliśmy całkiem znośny obiad i poszliśmy na kolorową salkę :). Ładnych parę lat wspomnień z pewnością ma już za sobą to miejsce – widać to i czuć, że trącone już pędzącym rydwanem czasu.

Nie jest to jedynie kwestia estetyki ale i bezpieczeństwa – odsłonięte stalowe elementy konstrukcji, luźne łatki spod których wychodzi gąbka, pozwijana wykładzina, wystające luźno kable w elektrycznych autkach… Sporo tego. Może starsze dziecko (kiedy wychodziliśmy właśnie zaczynały się urodzinki – na oko pięciolatki), można tam puścić bardziej “samopas”, ale rówieśnikom Gabi nie polecam tam samodzielnej zabawy.

Finalnie – spędziliśmy tam dwie godziny, więc – przymykając oko, lub nie mając już wyboru i czasu – da się, jednak po wizycie w naszym leszczyńskim centrum zabawy, mam wysoko postawioną poprzeczkę, co do standardu takich miejsc i będąc w Wawie następnym razem na pewno poszukam czegoś innego. W Hulakuli należałoby już zrobić głęboki refresh tego obiektu.


Kiedy jest nieco nudno, można zrobić przegląd zawartości portfela ojca. I znaleźć tam mamę i… siebie 🙂

Dobrze, że na miasto nie pojechały…

Przytulaski


She was born to be a taxi driver?

 

Komentarze