Co z tą kupą? Kupa, głupcze! I nic co kupa, nie jest mi obce!

Kiedyś byliśmy w niemal identycznej sytuacji. To znaczy byliśmy, wraz z dzieckiem, źródłem zgorszenia.

Zgorszenia podobnego, jakiego doświadczyła autorka TEGO TEKSTU.

Wcześnie rano, właśnie wjechaliśmy do Warszawy po 300 kilometrowej trasie, za chwilę mieliśmy ważne spotkanie, kilkumiesięczna  Gabi właśnie się obudziła w foteliku a to oznaczało, że trzeba ją przewinąć po całej podróży. Małe KFC w blokach na Saskiej Kępie (o TU) ciaśniutka toaleta, zero szansy na przewijak czy nawet jakieś partyzanckie przewinięcie na kolanie, podłodze, blacie umywalki – brak miejsca. Więc, że lokal pusty, bo to zupełnie rano, chyba minuta po otwarciu, to rozkładamy młodą na kanapie w najbardziej oddalonym kącie i przewijamy. Kurcze, niestety nie pamiętam, czy była to opcja pampersa z niespodzianką czy nie! No nie mogę sobie przypomnieć. Jednak wydaje mi się, że musiała to być “dwójka” skoro podjęliśmy się natychmiastowego przewijania w tak niedogodnych warunkach. Swoją drogą, tak sobie przypomniałem, że nawet kupka u dziecka trzymiesięcznego, karmionego piersią nie ma takiej woni, jaką sobie zazwyczaj wyobrażamy, kiedy słyszymy: KUPA! 🙂

W każdym razie kiedy my jesteśmy w trakcie operacji, do lokalu wchodzi para i coś zamawia, po zamówieniu kierują się z kawą też na kanapę ale w przeciwległym rogu restauracji. My, cały czas akcja. Po chwili dziewczyna podchodzi do nas i pyta. Tak normalnie pyta acz z lekkim tonem upomnienia – tak jak ja bym zapytał kiedy chciałbym coś delikatnie zasugerować – czy nie ma tu w toalecie możliwości przewinąć. Odpowiadam półwisząc nad dzieckiem i odwracając głowę do niej, że już sprawdzałem czy jest opcja, ale w toalecie nie ma przewijaka a nawet miejsca  by coś zaimprowizować. Teraz już dziewczyna z niemiłym “Aha!” i obrażonym krokiem wychodzi z kolegą z lokalu.

I kto tu winien? Dziecko bo się zesrało? Rodzice, bo musieli przewinąć właśnie tu i teraz? Bo był listopad? Gdyby nie było zimno to z samej wygody dla siebie przewinąłbym dziecko na fotelu w samochodzie. Lokal winien? Bo w dobie wszelkich udogodnień dla rodziców z dziećmi nie miał nawet przewijaka? Że akurat w blokach i nie było takiej możliwości by zaaranżować jeszcze miejsce do takich czynności?

No ludzie! Po prostu takie coś to przypadek losowy! Przecież nikt nikomu specjalnie i z premedytacją nie wkłada brudnej pieluchy do talerza… Nie wiem jak było w przypadku opisanym w felietonie Agnieszki Kublik z Wyborczej – czy przewijanie w lokalu to była fanaberia matki, wygodnictwo, brak refleksji, wrażliwości, bo może przewijak gdzieś tam był. Wiem jak było u nas i wiem jak bardzo sam czułem się zażenowany, że muszę tu i w taki sposób. Ale nasz przypadek, znając jego genezę traktuję jako wypadek i wynikającą z niego konieczność. Powiedzmy, że idziesz chodnikiem, obok tego lokalu i się potykasz, upadasz na twarz i zaczyna ci lecieć krew z nosa. Wchodzisz do lokalu po pomoc, choćby po serwetki. I co? Każdy jest oburzony bo psujesz mu posiłek? Masz sobie stać i krwawic na zewnątrz, albo biec w miejsce bardziej odpowiednie, czyli na najbliższą izbę przyjęć albo do apteki?

Oprócz przytoczenia najbardziej oczywistej prawdy, która mówi, że każdy z nas był dzieckiem i miał WŁAŚNIE TAKIE potrzeby, poproszę też o odrobinę wyrozumiałości. Bo ja nie wierzę w złą wolę – jaka motywacja, jakie korzyści miałyby do tego skłaniać? Zdecydowanie bardziej wierzę w splot przypadków i wypadków. A wobec tych powinniśmy być pełni zrozumienia.

Komentarze