Blog parentingowy pisany zarówno przez mamę i tatę. Prawdziwy parenting i lifestyle z dzieckiem. Początkowo ciążowy, teraz rodzinny.

Jak każdy facet, nie znoszę Walentynek! Dlaczego?

Nie obchodzę Walentynek. Od zawsze nie lubię tego dnia, tak dnia, bo przecież nie święta.

 

Nie pamiętam od kiedy w Polsce jest taki szał na Święto Zakochanych, stąd też nie pamiętam od kiedy ich nie obchodzę, ale nigdy nie było to nieobchodzenie jakieś takie demonstracyjne, tylko po prostu wobec tego sztucznego napompowania, wycofuję się tego dnia. No bo jaki jest sens właśnie dnia czternastego lutego pójść do restauracji, stać w kolejce w kwiaciarni, szukać kartki w serduszka, iść do kina?

A  właśnie – to chyba w kinie kiedyś zdecydowałem, że ten dzień to absurd! Poszedłem obejrzeć film Złap mnie jeśli potrafisz, był to czas kiedy do kina chodziłem kilka razy w tygodniu, więc i ten raz to był taki zwykły, codzienny. Od zawsze lubię iść na film od samego początku, usiąść w kinie jak jest jeszcze jasno i obejrzeć reklamy i trailery, wtedy było tak samo. Zastałem więc niemal pustą salę, jak zawsze, czyli wszystko spoko, ale z czasem zaczęła się zapełniać i zapełniać, aż to zapełnienie stało się takie nietypowe, bo stuprocentowe. WTF myślę sobie, fakt – to fajny film będzie, ale że aż tak. No i któraś reklama przed filmem wyjaśniła mi wszystko – to Walentynki, bo wcześniej się nie zorientowałem w dacie kalendarza! A ja poszedłem do kina tak o, zupełnie bez okazji, w tak ważny dzień 😉 , skandal! Ojezu, gorszych warunków oglądania filmu od tamtego czasu sobie nie przypominam, duszno, ciasno, szelesty, chrupy i siorby. Wow! Idealna atmosfera dla zakochanych.

Od tamtego czasu minęło już KILKANAŚCIE lat, w moim życiu kilkanaście przewrotów a ja nadal nie pałam miłością – nomen omen – do tego święta – nie niech już będzie, że święto, no.

Ale moim nieobchodzeniem cokolwiek mało przejmuje się Maria i owszem, nie zmusza mnie do tych całych rytuałów – różyczkowo-kartkowych i kinowych, ale zawsze zupełnie przypadkiem w ten dzień zaplanuje COŚ. Choć może zaplanuje to zbyt wiele powiedziane, ale na pewno zawsze COŚ ZAMIERZA. A kiedy Maria zamierza to wiedz, że coś się dzieje.

I muszę w tym miejscu przyznać, że chyba kluczem do lubienia lub nielubienia tego dnia, jest znalezienie na niego własnego sposobu, nawet jeśli ma to być jednak świętowanie, którego paradoksalnie przecież wystrzegam się jak ognia 🙂 .

Bo Walentynki mogą okazać się baaardzo rodzinnym świętem. Jak to zrobić? Przepis jest prosty. Należy całą rodzinę wsadzić w samochód pod pozorem np. wizyty u lekarza, pretekst zwykłych zakupów może nie być wystarczający, bo przecież jak to dziecko miałoby nie pójść do przedszkola, tylko jechać na zakupy? No a do lekarza to wiadomo… Trzeba. Po wizycie u lekarza, należy zarządzić posiłek, bo wszyscy są na pewno głodni. Na posiłek, pomimo kilkunastu sprawdzony od dawna lokali w pobliżu, wybrać restaurację poza miastem, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Czy owa restauracja w ogóle jest czynna i czy przyjmie gości o 12 w południe upewnić się dopiero telefonicznie w połowie drogi, po uprzedniej wyrażonej przez męża na głos, wątpliwości na ten temat. Restauracja przyjmie i czeka. Fantastycznie.

Potem już tylko pozostaje rozgościć się w zupełnie pustej (czyli tak jakby prywatnej;) ), cichej, spokojnej restauracji, cieszyć się, tym że dziecko się cieszy tym, że jest wspaniały kącik zabaw, zapoznać się z nowym fantastycznym menu, bo dawno się tu nie było. Chłonąć tę atmosferę lokalu przygotowywaną przez kilka osób z obsługi na ów gorący, tłoczny wieczór kolacji walentynkowych, który to wieczór na szczęście nas ominie 😛 .

A skoro to Walentynki to należy też wprowadzić nieco romantycznego nastroju a cóż jest bardziej romantycznego od spaceru po odludnej plaży i zamarzniętym jeziorze, skąpanym w pełnym słońcu? Taki to nasz sposób na rodzinne Święto Zakochanych.

 

Jeśli tak mogą wyglądać Walentynki, to niniejszym oświadczam, że ja je mogę nawet zacząć obchodzić!

 

Komentarze