Co każdy tata córki powinien?

 

Czy spędzanie czasu z dzieckiem jest potrzebne? Odpowiedź chyba jest jasna. Ale dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, dlaczego tata nie może konkurować z mamą, oraz dlaczego w pewnym momencie tata staje się niepokonanym rycerzem w oczach swojej małej królewny.

 

 

 

Zaczynamy sezon wakacyjny, czyli luz, długie dni, plener. Korzystajmy ze słońca, z pięknej pogody, z typowo letnich rozrywek, bo kiedy jak nie w wakacje, kiedy pogoda dopisuje, a poziom energii wzrasta wraz z nowymi pomysłami.

 

 

Gabi wkracza w totalnie szalony wiek, czasami nazywany buntem sześciolatka. Jak już przeżyjecie ten bunt dwulatka i myślicie, że nic Was więcej nie zaskoczy, to jesteście w błędzie. Dogadanie się z 6-letnim dzieckiem, czy to dziewczynka czy chłopiec, czasem graniczy z cudem.

 

 

Sześć lat to właśnie ten moment (tak, tak – każdy wiek dziecka to właśnie TEN MOMENT ;P) , kiedy dziecko mówi „Kocham Cię tatusiu”, a minutę później krzyczy, że jesteś najgorszym tatą na świecie. Zaczynają pojawiać się pierwsze małe zmyślania, konfabulacje aby dostać to, na co aktualnie ma ochotę, aby przedstawić sytuację na swoją korzyść. Aktualnie najwięcej problemu Gabi ma chyba ze zrozumieniem, że nie może mieć wszystkiego. Czasami wymagania takiej sześciolatki są wręcz nieosiągalne, ale ona chce być w centrum zainteresowania i pragnie, aby wszelka uwaga była skierowana na nią. Warto więc ten czas spożytkować na dużej inwestycji w przebywanie ze sobą.

 

 

Kolejny problem, gdy ta szalona sześciolatka ma młodsze rodzeństwo. Może uważać nawet, że rodzice przestali ją kochać, bo więcej czasu poświęcają maluchowi. Nieważne, że „więcej czasu” oznacza zmianę pieluszki lub przebranie ubranka, to wystarczający powód żeby się obrazić i przestać odzywać. Najgorzej kiedy to “więcej czasu” jest wówczas gdy np. na placu zabaw siłą rzeczy więcej uwagi poświęcam tej młodszej – no nie da się ukryć proporcji zainteresowania ze strony taty kiedy jesteśmy we troje – młodsze zawsze bardziej absorbuje.

 

 

Stając się rodzicem, chcemy być jak najlepsi, dać swojemu dziecku gwiazdkę z nieba i spełnić wszystkie marzenia. Obecnie nasza rodzina znów się powiększa, z czego się ogromnie cieszę, ale też wiem, że wymaga to kolejnego przygotowania – mnie jako ojca.

 

 

Patrząc na Gabi widzę, jaka jest już duża, mądra, rozsądna, ale też coraz bardziej kapryśna, świadoma, podważająca “oczywistości” – te nasze rodzicielskie. Kiedyś wydawało mi się, że to takie oczywiste, że dzieci nas zawsze słuchają, zawsze się dogadujemy, nigdy się nie kłócimy i jest idealnie. I tak jest – mniej więcej do trzeciego roku życia 🙂 Dalej – ostrzegam, nie jest tak łatwo!

Nie chcę żeby Gabriela w jakikolwiek sposób poczuła się pominięta, czy odsunięta na boczny tor, jako ta najstarsza – przecież to ona była tyle czasu tą pierwszą i jedyną.

 

 

Moim marzeniem jest, aby któregoś dnia, Gabi zadzwoniła lub przyszła właśnie do mnie i powiedziała, wprost co sprawiało jej radość, smutek, co wspomina, jakie migawki z dzieciństwa z tatą ma w głowie. Chcę aby wiedziała, że jestem z niej dumny. Zawsze i wszędzie, cokolwiek zrobi, zawsze będzie najlepszą córką. Jeśli sami na to nie zapracujemy nie mamy szans spodziewać się, że to do nas wróci właśnie w takiej formie.

 

 

I nie trzeba heroizmu wielkiego, gestów wylewnych. Pamiętam z mojego dzieciństwa, szkoła podstawowa, jeden taki mały fakt. Kiedy mój tata przekazał mi swój aparat fotograficzny – stary Zenit. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej wyrażałem chęć potrzebę posiadania aparatu, może wśród setek innych dziecięcych życzeń (w tym i takich które można uznać za absurdalne – jak kolczyk w uchu, czy też narty biegowe w klimacie Pomorza, gdzie śnieg występował może pół dnia w roku) padło i to – nie pamiętam.

 

 

Pamiętam natomiast doskonale moment przekazania, kuchnia u nas w domu, styropianowe pudełko a w nim aparat i ten specyficzny zapach czarnej skóry jego pokrowca. Pamiętam też, że od tego czasu każdym moim prezentem miał być film do aparatu, 36 klatkowy, że pojechaliśmy niedługo dokupić lampę błyskową – tak najprostszą, prymitywną wręcz. Pamiętam jeden film, te 36 klatek wytrzaskanych na… kota bawiącego się w domu i tą konsternację rodziców kiedy przywieźli pakiet wywołanych zdjęć z tej rolki… 🙂 . Poranny spacer w Święta zimą w las by fotografować ośnieżoną przyrodę w słońcu – do dziś czuję ten zapach mrozu. Pierwsze próby z martwą naturą i światłem (fotografie jabłka :D) w domu kiedy pogoda nie pozwalała na plener – też pamiętam.

Dziś oglądacie moje zdjęcia na blogu i wyrażacie uznanie dla ich estetyki i klimatu, jestem naczelnym fotografem imprez rodzinnych i za każdym razem po oddaniu zdjęć zbieram szczere podziękowania i słowa zachwytu. A może to wszystko zaczęło się właśnie wtedy, w tej kuchni, z tym Zenitem starym, po tacie. Zaczęło się przy zupełniej nieświadomości – mojej i taty – owego początku. Tego Zenita mam do dziś.

 

 

Są rzeczy, które mogą iść wraz z nami przez całe życie – czy to niezwykle cenny sentymentalnie przedmiot, czy też talent kiedyś w nas obudzony, talent, który, być może nawet na jakiś czas porzucony, wróci do nas i ułoży nam życie po swojemu.

 

 

Mama w życiu dziecka jest zawsze, od zawsze i niejako a priori. W moim odczuciu i przekonaniu, tata, ojciec, swoją obecność i jestestwo w życiu dziecka musi naznaczyć. Nigdy nie chciałem żeby Gabi była chłopcem, wręcz przeciwnie, od zawsze jako pierwszą chciałem mieć córkę. A i tak nieważna jest płeć, aby znaleźć wspólny język a my go mamy, od początku. To właśnie owe codziennie naznaczanie, zaznaczanie obecności, bycia, wzajemnej potrzeby siebie, tęsknoty wyrażanej i wprost słowami ale i bez słów.

 

 

Zabawy w ogrodzie, na działce, w lesie, nad wodą czy w górach, są źródłem wielu pomysłów na cały dzień. Ostatnio wybraliśmy się na jedną z wielu naszych wycieczek rowerowych, tym razem do lasu i na mały piknik. W plecak Harmony 2-in-1 Laptop Backpack, w którym zmieści się nawet laptop, no ale przecież jak to laptop na wyprawę survivalową do lasu, więc tym razem spakowaliśmy z Gabi jej najnowsze książeczki, coś do picia i małą przekąskę.

Na tej wycieczce też dałem Gabi jej pierwszy scyzoryk My First Victorinox H. Sam mam Victorinoxa od kilku lat (również podarowanego, co pamiętam zawsze) i nieraz Gabi się nim interesowała, bo mam go zawsze ze sobą z pękiem kluczy, pytała o każdą z tych funkcji, ciekawiła ją ich mnogość. Niby gadżet, ale kto wie, może to właśnie ten mały przedmiot… Tak jak ten mój aparat od taty. Gabi najbardziej w scyzoryku o dziwo zafascynowała piła – pewnie dlatego, że otoczenie lasu więc i potencjał spory na wykorzystanie. A następnie długie minuty poświęciła na kreatywne użycie pęsety i wykałaczki i okazało się, że dzięki nim można dość wnikliwie zbadać… świat mrówek. No kto by pomyślał, ciekawe czy Szwajcarzy na etapie projektu wpadli na to? Bo sześciolatka w warunkach terenowych owszem!

 

 

Zaczęliśmy, więc swoją własną, całkowicie prywatną przygodę. Przygodę taty i córki, tylko dla siebie, którzy muszą na sobie polegać, (bo inaczej zginą i nie uratują świata). Już kilka minut po zapoznaniu się z nowym sprzętem małego survivalowca, dla Gabi ten mały gadżet stał się początkiem przygody. Ucięcie, zastruganie zwykłego kijka a jaka przygoda i ilość wymyślonych jego zastosowań. I oczywiście pytanie: tata, ale będę mogła sobie ten kijek zabrać do domu? 🙂 Przecież razem można wszystko – czy to ratowanie świata czy gilgotaśki na kanapie, najważniejsze jest to, co nas łączy.

 

 

Mimo że nigdy nie jest za późno i lepiej późno niż wcale, nie przegap tego wspaniałego momentu w życiu swojego dziecka. Oddałbym wszystko, aby móc do końca życia przeżywać takie dni. Widzieć ten uśmiech na twarzy Gabi, radość i energię, którą zaraża, kiedy tego najbardziej potrzebuję. Spędzając czas z dzieckiem, nie tylko wykonujesz swój rodzicielski obowiązek, przede wszystkim tworzysz wspomnienia, czasem te najlepsze i na całe życie.

 

 

Partnerem publikacji jest www.victorinox.com

Komentarze