8 rzeczy, które wprowadziliśmy do stylu życia naszej rodziny, aby polepszyć jej zdrowie

 

Dwie godziny usypiania. Błaganie o przyjęcie syropu przeciwgorączkowego, a w najgorszym przypadku – przykry przymus aplikacji czopka.

 

 

Niespokojny sen rodzica u boku równie niespokojnego, rozpalonego dziecka. Strach przed kolejnym skokiem temperatury. Tkwienie w kolejce u lekarza. I to przejmujące, smutne: „Mamo, kiedy będę zdrowy…? Tak źle się czuję…!” – w niektórych domach ten przykry kalejdoskop związany z chorowaniem powtarza się nawet co kilka tygodni. U nas też tak było jeszcze jakiś czas temu. Już nie jest – dzięki 8 drobnym zmianom w naszym życiu.

 

 

Zapewne wszyscy się ze mną zgodzicie, że kiedy ktoś w domu choruje, to zmienia się w zasadzie wszystko. Rodzic nie może spokojnie udać się nawet do toalety („Mamo, nie idź!”), przy każdym mierzeniu temperatury pojawia się niepokój, noce trudno uznać za przespane, w pracy wszyscy bardzo „życzliwie” zerkają na twoje zwolnienie lekarskie, a do tego wszystkiego z portfela znika zazwyczaj całkiem pokaźna sumka. Był czas, kiedy żaliłam się koleżankom, że mam już dość, bo moje dzieciaki łapały infekcje dosłownie co kilka tygodni. Zdarzało się, że ja i Kuburek też się zarażaliśmy, przez co nasz dom wyglądał po prostu jak szpital.

Wszystko wskazuje jednak na to, że ten czas mamy za sobą. Właściwie dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam, z jakim wirusem czy bakterią mieliśmy ostatnio do czynienia! Ale nie dzieje się tak bez przyczyny. Wszystko dzięki 8 zasadom, do których bezwzględnie się stosujemy.

 

 

1. Kupujemy warzywa, owoce i mięso ze sprawdzonych źródeł

Obejrzałam kiedyś film o tym, jakie chemikalia dodaje się do mięs oraz warzyw i owoców. Ogarnął mnie wtedy ogromny niepokój i obiecałam sobie: dość kupowania byle czego z marketu. Teraz zaopatrzam się u sprawdzonego gospodarza. Kosztuje to więcej (pieniędzy i wysiłku), ale wiem, że moje dzieci nie jedzą na drugie śniadanie konserwantów i środków ochrony roślin, a ich ulubione mięso (wołowe u Gabi, wieprzowe u Misi, drobiowe u Kornela) nie jest pełne antybiotyków. I powiem Wam, że to wszystko inaczej smakuje. Na przykład taka gruszka – jest słodsza, bardziej soczysta, mniej „wodnista”. Jak za starych, dobrych czasów, gdy ściągałam ten owoc z drzewa z sadu dziadków. W ogóle owoce są ZAWSZE w naszym domu. W misce w kuchni stoją śliwki, jabłka, a teraz latem wydajemy fortunę na borówki, maliny i czereśnie 😊.

Bardzo ważne dla nas jest to, żeby kupować lokalnie i sezonowo. Owoce, które nie muszą być przewożone setki czy tysiące kilometrów, nie muszą być pryskane dla przetrwania tej podróży. A kiedy już kupujemy coś w markecie, to zawsze sprawdzamy skład – nie kupujemy np. serków, w których jest syrop glukozowo-fruktozowy czy słodyczy z utwardzonym olejem palmowym.

 

 

2. Ruszamy się

W naszym domu króluje hasło: „Nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiedni ubiór”. Oczywiście to my z Kuburkiem musieliśmy się przestawić na to, by w deszczu wyjść na spacer 😊. Dzieciakom ani wiatr, ani deszcz, ani zimno nie przeszkadza. Największym zmarźlakiem jestem ja, ale ubiór
„na cebulkę” załatwia sprawę 😊.

A dokąd wychodzimy, gdy już się ubierzemy? Z tym bywa różnie – kochamy las i wszelkie akweny – pojechać tak nad jezioro, staw, zalew, ale uwielbiamy też aktywność na utwardzonych drogach i ścieżkach. Dzieciaki zabierają wtedy swoje hulajnogi i rowery, a i my wskakujemy na coś, co doda nam prędkości 😊. Poza tym mamy już przy domu to szczęście w postaci ogrodu – dzieciaki siedzą w nim czasem od rana do późnego wieczora – huśtawki, basen, domek drewniany, bieganie na trawniku.

 

 

3. Hartowanie

Usłyszałam kiedyś od zaprzyjaźnionego lekarza, że polscy rodzice boją się hartować dzieci. Bieganie bez czapki i szalika jesienią przyprawia nas o palpitacje serca, a już wyjście boso na śnieg traktujemy jako gotową receptę na zapalenie płuc. O zapaleniu ucha od braku czapeczki nie wspomnę 😉.

Sama kiedyś wpadłam w tę pułapkę, ale szybko otrzeźwiałam. Teraz przede wszystkim słucham moich dzieci, bo to przecież ich ciała i ich samopoczucie. Jeśli Misia mówi mi, że nie jest jej zimno (choć ja wkładam już na siebie sweter), to uznaję, że wie, co mówi. Tym sposobem moje dziecko nawet w październiku chodzi bez czapki.

 

 

4. Objadamy się naturalnymi probiotykami

Ok, „objadamy się” to może za mocne słowo – wciąż próbuję przekonać dzieciaki do kiszonej kapusty, ale póki co kręcą nosem. Na szczęście ogórkiem kiszonym od babci nikt nie wzgardzi. Dorzucam go do każdej porcji obiadu w naszym domu – na zdrowie. A skoro już jesteśmy w tym temacie, podrzucam Wam prosty przepis na ulubioną surówkę moich dzieci: to pokrojone w kostkę ogórki kiszone ze świeżym pomidorem oraz cebulką. Klasyk, który znika ze stołu w 3 minuty.

 

 

5. Odwiedzamy lekarza medycyny homeopatę, zanim udamy się do „zwykłej” przychodni

Wspominałam Wam niedawno, że szukając wyjaśnienia dla ciągłych infekcji u dzieci, znaleźliśmy się w końcu u lekarza homeopaty. To była jedna z lepszych decyzji, jakie mogliśmy podjąć. Holistyczne podejście, czyli spojrzenie na dziecko całościowo, a nie tylko z punktu widzenia pracy jednego organu, to coś absolutnie fantastycznego. Lekarz, do którego teraz chodzimy, pomógł nam już nie tylko w zwalczeniu kaszlu czy infekcji gardła, ale też sprawił, że Kornel zaczyna lepiej spać (dzięki jego wskazówkom udaliśmy się do osteopaty). Wszystko dzięki wyjściu poza ramy standardowej wizyty – naszego homeopatę nie interesuje tylko to, kiedy pojawił się kaszel i czy jest gorączka, ale też np. temperatura w pokoju dziecka, jego upodobania i charakter.

I tutaj pragnę podkreślić, że ZAWSZE odwiedzamy lekarza medycyny, który jest również homeopatą – a nie zwykłego homeopatę. Proszę Was umawiajcie się na wizytę tylko do dyplomowanego lekarza medycyny, który dodatkowo korzysta z wiedzy homeopatycznej. My właśnie tak robimy.

„Lekarz homeopata” to pewien skrót, który oznacza dyplomowanego lekarza, który korzysta z wiedzy zdobytej w trakcie studiów medycznych, uzupełnionej o znajomość zasad terapii homeopatycznej.

 

 

Co jednak najciekawsze, pochwaliłam się ostatnio swojej mamie, że „odkryliśmy” homeopatę. Ta zaczęła się śmiać i zapytała, czy naprawdę nie pamiętam, że chodziłam do takiego lekarza przez całą szkołę podstawową, dzięki czemu praktycznie nie chorowałam. Owszem, pamiętałam go, ale nie wiedziałam, że był homeopatą! Pamiętałam tylko, że wizyty były długie, co jako dziecko mnie nudziło. Teraz jednak wiem, że tak być musi. To właśnie dzięki temu, że homeopata poświęca nam dużo czasu, sami nauczyliśmy się rozumień funkcjonowanie organizmów naszych pociech. Wiemy już, co powoduje, że się przeziębiają (np. Misia musi mieć ciepło po wieczornej kąpieli), potrafimy rozpoznać rodzaj kataru, dużo wiedzy przynosi nam też to, czy gorączka jest wysoka, czy może niższa.

 

 

6. Nie zabijamy komarów armatą 😉

Nasze doświadczenie i zdobyta wiedza pozwalają ocenić, w których sytuacjach warto spróbować leczenia za pomocą metod naturalnych (przy czym na pewno są to wszystkie infekcje wirusowe). Nie zabijamy komarów armatą, czyli nie stosujemy antybiotyków na zwykły katar. To nie tylko niepotrzebne, ale i zwyczajnie szkodliwe dla organizmu. Przed sięgnięciem po tę broń dużego rażenia podajemy dzieciom sok z czarnego bzu, szałwię, rumianek, często przyrządzamy też syrop z cebuli. I w wielu przypadkach wcale nie dochodzi do podania antybiotyku!

 

 

7. Dbamy o higienę snu

Nasz homeopata zwrócił nam uwagę, jak wielkie znaczenie dla zdrowia dziecka ma sen dziecka. Nie chodzi jednak tylko o pory i sposób zasypiania, ale też o temperaturę w pokoju i wilgotność powietrza. Po przyjściu do domu zmierzyliśmy temperaturę i okazało się, że wynosi ona prawie 22 stopnie!

Po obniżeniu temperatury i zakupie nawilżacza Kornel zaczął spać… jak niemowlę. Piszę to bez ironii 😊.

 

 

8. Podajemy naturalne syropy i inne napitki

To kolejna rzecz, którą „podpatrzyłam” z własnego dzieciństwa i zastosowałam jako dorosła – tym razem jednak bardziej świadomie. Moja mama bardzo często podawała mi syropy, kiedy chorowałam. Do dziś pamiętam, w którym miejscu na kaloryferze stał słoiczek z syropem z cebuli, miodem i czosnkiem. Moje dzieci lubią go równie mocno, jak ja go lubiłam. Pardon – lubię, bo wciąż go zażywam 😉.

 

 

8. Myjemy ręce!

O myciu rak przypominaliśmy dzieciom od zawsze. Jednak od czasu wybuchu epidemii zaczęły się do tego naprawdę stosować – teraz myją ręce dokładnie, mają minutnik przy umywalce, wiedzą, że trzeba myć nadgarstki i miejsca między palcami. Nie wkładają rąk do buzi (no, może nie dotyczy to Kornela 😉). I jestem pewna, że to także chroni je przed infekcjami.

 

 

Bardzo serdecznie zachęcam Was, abyście również sprawdzili, czy wszystko, co opisałam, podniesie odporność Waszych rodzin. A jeśli macie jeszcze jakieś swoje sposoby – koniecznie podzielcie się w komentarzach!

 

 

Komentarze