„Nic się nie stało”, czyli jak wychować nieszczęśliwego człowieka

 

Trzyletni chłopiec jedzie na hulajnodze. W pewnym momencie potyka się o dość spory kamień, przewraca na chodnik i uderza w kolano. Powietrze przenika jego głośny płacz, który alarmuje matkę – w trzy sekundy jest obok niego. Dokonuje „przeglądu”, ocenia sytuację i rzuca: „Nic się nie stało. No już, zobacz, jest OK, jedź dalej. Nie płacz, nie ma o co”. Kojarzysz taką sytuację? Widziałeś? Słyszałeś? A może sama tak mówisz do swojego dziecka, wychowując je na oschłego, nieszczęśliwego człowieka?

 

Krótka historia jednego paznokcia

Opisana wyżej historia jest banalna, zdarza się każdego dnia. Opowiem Wam jeszcze jedną, mocniej udowadniającą, że nie rozumiemy dzieci i szalenie spłycamy ich uczucia prostym „Nic się nie stało”, nie próbując nawet  zrozumieć ich emocji.

Była sobie pewna dziewczynka, miała jakieś 7-8 lat. Wraz z innymi dziećmi bawiła się na stercie kamieni w pobliżu placu zabaw – dzieci rozłupywały dużymi kamieniami te drobne, tworząc „magiczny pył”. W pewnym momencie dziewczynka sięgnęła po wielki kamlot, zdecydowanie dla niej za ciężki. Kiedy próbowała uderzyć nim w mały kamyczek, kamlot wyślizgnął się jej z dłoni i spadł prosto na palec drugiej ręki.

Dziewczynka natychmiast podbiegła do ojca. Uszkodzony palec trzymała w zamkniętej długiej dłoni, na chodniku pojawiły się już pierwsze, duże krople krwi. Ojciec otworzył dłoń dziewczynki, spojrzał fachowym wzrokiem na uszkodzenia i rzucił: „No tak, paznokieć zejdzie”. Jakby ktoś włączył alarm – dziewczynka zaczęła dosłownie wyć! Zirytowany ojciec rzucił więc:

 

„Jezu, przestań, przecież nic się nie stało. Nie płacz, zaraz pójdziemy do domu i ci to opatrzę”.

 

Nic, dziewczynka dalej w rozpaczy. W tym momencie do ojca i córki podeszła starsza kobieta, która z łagodnym uśmiechem powiedziała do małej:

„Kiedy jeden paznokieć schodzi, to rośnie drugi, nie martw się”.

 

Wiesz, co się stało? Nastała cisza. Dziewczynka w sekundę przestała płakać, spojrzała na ojca i spytała, czy to prawda. Ten odpowiedział: „No oczywiście, a co Ty myślałaś” i zaczął się śmiać. Po czym spokojnie oddalili się do domu.

 

Co czuje dziecko w trudnych sytuacjach?

Starsza kobieta, która podeszła do ojca i córki, zrozumiała jej obawy. Nie wiadomo, czy wynikało to z doświadczenia czy z prostej, życiowej mądrości, ale potraktowała dziecko nie jak dziecko właśnie, tylko jak człowieka, który ma swoje uczucia i emocje. Wiele z nas tego nie robi.

Mówimy: „Nic się nie stało”, gdy dziecko przewróci się na hulajnodze. Lub: „To tylko miś”, kiedy pluszak zostanie na placu zabaw. Albo „Nie płacz”, gdy pada deszcz i jednak nie wyjeżdżamy do zoo.

I jest to w zasadzie zrozumiałe – chcemy pocieszyć dziecko, uspokoić je, uświadomić, że nie ma powodu do tak negatywnych emocji. Problem w tym, że są powody.

Dla dorosłych to tylko upadek na hulajnodze, dla dziecka wstyd (bo dziewczynka obok się zaśmiała), przykre zaskoczenie i ból w nóżce. Albo zwykły pluszak, ale dla dziecka największy przyjaciel, bez którego nie można zasnąć i za którym się tęskni już, teraz. Podobnie jest z zoo, wycieczka jak każda inna – jednak dziecko czekało na ten dzień od tygodnia i już przygotowało plecak. Jest smutne, rozczarowane i chce mu się płakać.

Dziecko w takich sytuacjach czuje tak dużo, tak wiele emocji, o których chce komuś opowiedzieć, z których chce się wyżalić, ale co słyszy?

 

„Nic się nie stało”.

 

O kobiecie, która w fatalnym nastroju wróciła z pracy

Zostawmy w spokoju dziecko i spójrzmy na chwilę na to z innej perspektywy. Jest sobie kobieta. Właśnie wraca z pracy, ma koszmarny nastrój i chce się jej płakać, bo szef fatalnie ją potraktował i upokorzył przy pozostałych pracownikach. Wchodzi do domu i zaczyna opowiadać mężowi o zaistniałej sytuacji, na co ten rzuca:

 

„Rany, nic takiego się nie stało, nie histeryzuj. Chcesz obiad?”

 

Co czuje kobieta? Żal i smutek. Chciałaby się wyżalić, wyrzucić z siebie emocje, wygadać się po prostu, usłyszeć słowa wsparcia i dobrą radę, by na koniec móc powiedzieć: „Dzięki, że mnie wysłuchałeś. Od razu mi lepiej”. Każdy z nas tego potrzebuje.

Teraz wisienka na torcie tych dwóch opowieści – Twoje dziecko też tego potrzebuje. Sam fakt, że ma 4, 5, 6, 7 lat nie oznacza, że można spłycać jego emocje i podkreślać, że nie mają znaczenia. My, dorośli, mamy swoje przyczyny złego samopoczucia i łez. Dzieci swoje. Ale wszystkie są równie intensywne i w danym momencie – równie ważne. Dlatego nie mów „nic się nie stało”. Powiedz:

 

„Przestraszyłeś się, kiedy spadłeś, prawda? To musiało być okropne uczucie!”

 

„Wiem, że musi ci być bardzo smutno. Może zostawimy na placu zabaw ogłoszenie, że szukamy misia i przy okazji pójdziemy na lody?”

 

„Wszystkim nam przykro, że nie jedziemy do zoo. Może dla poprawy humoru zamówimy sobie pizzę i zagramy w chińczyka, chcesz?”

 

 

Czy wiesz, dlaczego te słowa są ważne? Mają one magiczną moc! Bo pozwalają Twojemu dziecku uwierzyć, że jego uczucia są ważne. Że ono jest ważne! Że dobrze jest mówić o swoich emocjach, zamiast tłamsić je w sobie, stając się nieszczęśliwym człowiekiem. Który po latach, pytany o powód swojego złego samopoczucia, przygnębienia albo depresji nie będzie zdolny do szczerej odpowiedzi. Bo to wszystko to przecież takie „nic się nie stało”…

 

Komentarze