Nasza pierwsza Szwajcaria, czyli jak nas zasypało śniegiem w środku Alp…

 

To była nasza pierwsza przygoda ze Szwajcarią. I tak bardzo chcemy tam wrócić, że o matko!

 

Słowa tu będą drugorzędne, bo obraz mówi sam za siebie. Prawdziwy zimowy raj, zaledwie 1100 km od domu 😉 . Ale nawet z trójką dzieci jest warta podróż tego, co potem przez tydzień czeka na miejscu!

Tutaj w kilku blokach zdjęć pokażę Wam to gdzie my byliśmy i co zobaczyliśmy. Byłoby pewnie tego trochę więcej, gdyby nie to, że na dwie doby zostaliśmy komunikacyjnie odcięci od świata – spadło 1,5 śniegu w dwie doby, wprowadzono stan zagrożenia lawinowego w stopniu 4 (z pięciu możliwych) i nasza wioska – Hospental miała łączność tylko z pobliskim miasteczkiem – Andermatt a stamtąd już nigdzie, a w drugą stronę z kolei już tylko góry, Alpy w śniegach i zaspach i odgłosy detonacji dynamitu by wywołujące kontrolowane lawiny by jak najszybciej można było bezpiecznie otworzyć drogi.

Ale też nie pojechaliśmy tam na jakieś sprinty turystyczno- zwiedzaniowe, ale przede wszystkim by dzieciaki codziennie nacieszyły się śniegiem! I to nam się udało wyśmienicie.

 

Szczyt Guetsch oraz Naetschen

Wjazd kolejką linową – na samą górę – Guetsch lub do połowy – Naetschen. My byliśmy tu i tu. Z samej góry (2344 m.n.p.m.) oczywiście stok narciarski i piękne widoki, a z połowy szlak saneczkowo-narciarsko-pieszy. Z tego drugiego zjechaliśmy ja i Gabi na sankach – młodsza ekipa z mamą pojechali na dół kolejką.

 

Lugano

Tak, tak. To nie pomyłka. To też Szwajcaria, też zima, też 2020. Ten sam wyjazd :). Jedyne 100 km na południe, 1,5h jazdy samochodem, witamy inną rzeczywistość  – z 15 stopni na minusie robi się 15 na plusie, dosłownie, zdejmujemy czapki i szaliki i zaczynamy mówić po włosku 🙂 Bo to już włoskie kantony Szwjacarii… Słońce, palmy, melodia języka, miasto otoczeone wodą i górami… No tam trzeba być. I zjeść maka na ławce, bo powszechny “lokdałn” i całą wspaniałą gastronomia niestety nieczynna. Ale włoskie espresso i gelato z budki przy parku na szczęście dostępne!

 

Andermatt

To właśnie wspomniane wcześniej miasteczko – centrum tej części turystycznej okolicy – to tu są sklepy, kawiarnie, restauracje, wyciągi, kolejki, hotele. Stąd mieliśmy pojechać pociągiem w góry, ale właśnie lawiny nam pokrzyżowały plany. Natomiast sam spacer po miasteczku – jak sami zobaczycie – może być wystarczającą ucztą dla zmysłów 🙂

 

Hospental

No i nasza wioska! Osada właściwie – aktualnie liczy nie więcej niż 200 mieszkańców. A na pierwszym zdjęciu nasz pensjonat – najbardziej okazały budynek we wsi 😉 , samo centrum 😉 , nad strumieniem. Zbudowany w 1720 roku, z mega historią, grube mury, małe okna, skrzypiące podłogi… duch przeszłych wydarzeń aż się tam unosi! Od lat przechodzi w rodzinie z pokolenia na pokolenie. A sama miejscowość zachwyca o każdej porze dnia i nocy! Nawet przebudzając się o 1 lub 3 w nicy nie umiałem nie podejść do okna i popatrzeć przez chwilę zanim znów wróciłem do łóżka 🙂 .

 

Będziemy tęsknić, bardzo. Już tęsknimy! A sobie i Wam obiecujemy też relację stamtąd… latem! 🙂 A jak!

 

Komentarze