Religia w przedszkolu. „A komu to poczebne, a dlaczego?”

W naszym przedszkolu wprowadzono lekcje religii. Dwie w miesiącu, dla chętnych i z inicjatywy części rodziców.

 

Sam bym się o to nie podejrzewał kiedyś, ale z przyjemnością posłałem i na te (jak na wiele innych) zajęcia moje dziecko. Dlaczego zaskakuję sam siebie. A no, bo w mojej podstawówce byłem JEDYNYM dzieckiem w klasie i w SZKOLE, które z mocy prawa (na pisemne żądanie rodziców) nie uczęszczało na katechezę. Kiedyś w rozmowie z moim tatą stwierdziłem, że coś mi się na tych zajęciach nie podoba i długo na reakcję nie trzeba było czekać – pismo i jedna godzina spania od rana więcej 😉 . A co takiego mi się nie podobało? Ano – banał – ksiądz katecheta, który bardziej przykładał się do chorej indoktrynacji i wpajania jedynie słusznej racji, aniżeli do edukacji i budowania dojrzałości wyznania u dzieciaków. Sam też prezentując cokolwiek próżniaczy i konsumpcyjny styl życia. Dlatego bez bierzmowania żegnając podstawówkę i tegoż księdza proboszcza, w liceum chętnie i bez uprzedzeń poszedłem znów na relę licząc na dobrą zmianę 😉 .

W pierwszym moim liceum mieliśmy zupełnie bezpciową siostrę katechetkę – zero umiejętności pedagogicznych, zero charyzmy, polotu, chęci – chyba siora przełożona ją wysłała i tak musiała – krótko: ziew, szkoda nawet akapitu na nią. Kiedy zmieniłem liceum, bo przeprowadzka, przez bodaj drugą i trzecią klasę, miałem DOSKONAŁEGO księdza katechetę. Czytał nam książkę o nawróceniu Litzy, prowadził specjalne msze w piątki dla młodzieży, gdzie mówił tak po prostu do nas a z tej mszy szliśmy zaraz na rockotekę i on o tym wiedział, i modlił się naszej intencji by nasza rozrywka była bezpieczna i odpowiedzialna. Z nim i za jego sprawą, jechałem z moją siostrą na dwie Lednice… Normalny, ludzki facet w czerwonym Seicento i czarnych dżinsach, a do tego z koloratką. Można? Można.

Można też odwrotnie. Bo po nim przyszedł ksiądz Roman. Roman-oszołom, który chodził w kowbojkach i kapeluszu, dobrze, że konno do szkoły nie przyjeżdżał. Po tym, co po sobie zostawił ksiądz Jędrzej Piasek (widzicie nawet doskonale pamiętam, bo takich ludzi się nie zapomina), ksiądz Roman musiałby wiele zrobić, by godnie zając jego miejsce. No nie zrobił tego, natomiast na kolędzie lubił poprosić o wódkę i zapalić sobie swoje czerwone Malbuksy. Na katechezę z ks. Romanem konsekwentnie jednak chodziłem i wbrew pozorom wiele mi ona dała. Ksiądz Roman był niemal kopią mojego katechety z podstawówki, jednak w wieku licealnym włącza się, wiadomo, uuu, mogę i wiem wszystko i taka nas grupka niepokornych w klasie była, stąd częste gorące dyskusje – bardziej w duchu Słowo Boże vs Kler, niż ogólna negacja wiary. Konkretne i rozwijające, bo siłą rzeczy by wygrać na argumenty w rozmowie z Romanem trzeba było się dobrze przygotować – z historii, z Testamentów, Ewangelii itd…

Ze swej edukacyjnej ścieżki ewangelizacji wiem zatem, że obraz Kościoła jest taki, jak namaluje go konkretny przedstawiciel. A więc może być z goła różny. Dlaczego miałbym działanie mojej parafii oceniać na podstawie tego co robi góra – Episkopat? Jeśli na przykład purpuraci mieszają się do polityki a mój proboszcz pięknie działa lokalnie i nie ingeruje w tę sferę, to jak jedno ma się do drugiego? I odwrotnie – jakie uzasadnienie ma uogólnianie pojedynczych wydarzeń na całość środowiska? Gdzieś ksiądz ma kochankę – to znaczy, że każdy ma?

 

To tyle podłoża moich doświadczeń. A co z tą religią w przedszkolu?

Według mnie historie biblijne, z poziomu percepcji trzylatka, są dla niego tym samym co Kopciuszek i Czerwony Kapturek, a jakieś ziarno wiedzy i świadomości istnienia tego tematu już zasieją – krzywdy na pewno w tej formie nie zrobią. Opowiadam Młodej dzieje Jezusa, więc widzę jak jest, jak reaguje, o co pyta 🙂 .

Po pierwszych zajęciach Gabriela jest oczarowana a ja jestem bardzo dobrej myśli. Przyniosła pokolorowany wizerunek Świętego Mikołaja (zdjęcie coverowe), powiedziała, że pani im opowiadała o nim i bardzo się cieszyła, że się nie spóźniła na religię 😉 . Jeśli wszystkie zajęcia będą odbywały się w takim duchu, jak te pierwsze, gdzie – bardzo słusznie – dzieci odczarowują razem z katechetką kokakolowy wizerunek Świętego, to ja jestem ZA wszystkimi kończynami.

Poza tym – heloł – ale cała nasza kultura i poniekąd system wartości oparte są na tej wierze, więc barbarzyństwem byłoby całkowite wykastrowanie jej ze świadomości młodego człowieka. A to, co zrobi z tym dziecko, już w wieku dojrzalszym, to jego sprawa. Tym bardziej, że mocno tu zaakcentuję rozdział pomiędzy tym, co zrobi z wiarą a tym, co zrobi ze stosunkiem do takiej, czy innej formy działalności Kościoła.

 

Ale skoro moje dziecko chodzi na rytmikę, angielski, na basen, do teatru itd. to dlaczego wykluczać je z zajęć z religii? Nie widzę powodów.