Rodzicielstwo bliskości – czy można się tego nauczyć?

Dziś porozmawiamy o rodzicielstwie bliskości. Czasami codziennie spotykam się z takim pojęciem. Jest ono niejako nowością, ale pamiętam, że już 4 lata temu w ciąży z Gabi docierało do mnie, że jest taki model wychowania dziecka, jak rodzicielstwo bliskości właśnie. Na moje pytania i wątpliwości odpowiada psycholog, psychoterapeuta, mama małej Mai, pracująca zarówno z dziećmi jak i z dorosłymi, Dagmara Danielczyk-Słomian, która prowadzi Gabinet Psychoterapii we Wrocławiu. Dagmara jest zwolenniczką holistycznego i naturalnego podejścia do człowieka.

 

 

Rodzicielstwo bliskości – co to takiego?

To coś znacznie więcej niż metoda wychowawcza. Rodzicielstwo bliskości to sposób myślenia o wychowaniu i opiekowaniu się dzieckiem, o relacji z dzieckiem, o sobie w roli rodzica. Termin ten jest stosunkowo nowy, został stworzony przez amerykańskiego pediatrę Williama Searsa i opiera się na teoriach z psychologii rozwojowej, mówiących o przywiązaniu. Jednak choć termin jest nowy, filozofia podejścia do dziecka bardzo stara.

Co to znaczy?

Jest to powrót do korzeni – do naturalnego i pierwotnego zachowania wobec potomstwa. Sposób postępowania, który istniał zanim pojawili się psychologowie, pedagodzy i inni doradcy w sprawach wychowawczych; a który zapewnił nam przetrwanie gatunku. Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie jak intuicyjnie byśmy wychowywali dzieci, gdybyśmy nie przeczytali stosu książek, artykułów i nie słyszeli godzin audycji na ten temat. Gdybyśmy też nie postępowali tak, jak wychowywali nas nasi rodzice. A właśnie wtedy prawdopodobnie postąpilibyśmy zgodnie z intuicją, bylibyśmy blisko naszych dzieci.

Blisko czyli jak?

Dobre pytanie. Otóż sami nie wiemy już co znaczy być blisko. Zacznijmy od początku. A początek jest w łonie matki. Tam, gdzie dziecko się znajduje przez pierwszych 9 miesięcy swojego życia, jest tak blisko mamy jak to tylko możliwe. Jest mu tam bezpiecznie, ciepło, spokojnie, ciemno, bodźce docierają przytłumione. Słychać bicie serca. Jest ciasno i miło. W chwili porodu wszystko się zmienia. Nagle staje się przerażająco zimno, jasno, głośno, jest dużo przestrzeni, obce dźwięki, zapachy. I najgorsze co może się stać to brak mamy. Zaraz, natychmiast po wyjściu z brzucha. Dlatego rodzicielstwo bliskości zaczyna się już w chwili porodu. A nawet przed nim. Zaraz po narodzinach maleństwo najbardziej na świecie potrzebuje być przy mamie – stąd zasady minimum 2 godzin kontaktu skóra do skóry, podania piersi, rooming in. Głos mamy, rytm jej serca, ciepło to rzeczy, które uspokajają dziecko i pomagają mu przejść ten trudny czas. Dlatego im więcej czasu przy mamie tym lepiej. Dlatego tak ważne z psychologicznego punktu widzenia, obok medycznego oczywiście, jest karmienie piersią. Pozwala to lepiej poznać dziecko i stworzyć głęboką więź. Kolejnym filarem tego podejścia jest noszenie dziecka przy sobie.

Czasem słyszy się rady w stylu nie noś tyle, bo przyzwyczaisz. Odłóż, niech samo poleży. Sama czasami słyszałam takie stwierdzenia od bliskich osób…

Nie można „przyzwyczaić dziecka” do noszenia. Gdy słyszę takie rady, myślę – za późno, przez 9 miesięcy nosiłaś to już przyzwyczaiłaś. Nic dziwnego, że noworodek uspokaja się na rękach, bo wtedy ma zbliżone warunki do tych, które zna – ciepło, słychać bicie serca, głos mamy i rytmiczne ruchu chodu. Dlatego większość dzieci bardzo lubi być chustowana. I ja bardzo polecam ten prastary sposób, który na szczęście znów wraca do łask. Jest dobry dla dziecka i dla matki. Podobnie jest ze spaniem z dzieckiem. Noc może być trudna dla niemowlęcia przyzwyczajonego do bliskiej obecności mamy, aby zminimalizować ten niepokój i pokazać dziecku, że sen jest czymś przyjemnym, warto spać wspólnie.

Czyli chodzi o bliskość fizyczną?

Też. Fizyczna bliskość jest konieczna, aby wytworzyła się bliskość emocjonalna, więź i relacja. Aby rodzic stał się wrażliwym na sygnały niemowlęcia, musi być blisko, obserwować je. Rodzic ma za zadanie nauczyć się odczytywać potrzeby dziecka. Nie zapominajmy, że podstawowym sposobem komunikacji dziecka jest płacz. Uważny rodzic rozróżnia rodzaje płaczu i w większości jest w stanie rozpoznać potrzebę za nim stojącą. Płaczące niemowlę nie manipuluje, a komunikuje.

To może być trudne. Czy każda mama lub tata są w stanie nauczyć się rozpoznawać płacz? Moim zdaniem to bardzo trudna nauka.

Jeśli będą uważni, obecni i skupieni na maluchu to tak. Pamiętajmy, że czas niemowlęcy nie trwa wiecznie, a tylko rok i jest to szczególny czas zarówno dla dziecka jak i dla rodzica. Warto więc w tym okresie na chwilę odłożyć swoje ważne sprawy na bok i poświęcić się dziecku. Ten czas na pewno zaprocentuje. Jest to niezwykle ważne dla tworzenia się w dziecku podstawowej ufności do świata, wiary w siebie i innych, kształtowania się osobowości. Dziecko potrzebuje zaufać, że jego potrzeby zostaną zaspokojone, a to, co ma do zakomunikowania wysłuchane. Maluch zacznie wierzyć w siebie i w rodziców. Poczuje się bezpiecznie.

A co z potrzebami rodziców?

O nich nie możemy zupełnie zapomnieć. Chodzi o wypracowanie równowagi. Nie ignorujmy własnych potrzeb czy potrzeb partnera. To czego potrzebuje dziecko, to szczęśliwych, kochających się rodziców. Zatem jeśli czujesz się przemęczona, przytłoczona opieką nad dzieckiem, to znak, że trzeba trochę czasu poświęcić sobie, zadbać o siebie, może odpocząć, może gdzieś wyjść z koleżankami, może poprosić kogoś o opiekę nad dzieckiem i pójść na randkę z mężem.

Czy poprzez rodzicielstwo bliskości nie wychowamy „mamisynka”?

Nie, wręcz przeciwnie. Jeśli dziecko wie, że może liczyć na rodziców, że są zawsze wtedy kiedy ich potrzebuje, staje się samodzielne i tworzy własną autonomię, mając pewność, że gdy zajdzie taka potrzeba, zawoła mamę czy tatę i oni będą. Należy też pamiętać o wyznaczaniu granic dziecku, gdy zacznie już dorastać. Ustalanie granic nie powinno być trudne, gdyż rodzic tak dobrze zna dziecko, że powinien wyznaczyć granice we właściwych miejscach. A dziecko te granice potrzebuje, więc jeśli ma silną więź z rodzicem, przyjmie te granice.

Wiele babć powie, że to rozpieszczanie dziecka.

Być może. W czasach gdy nasze mamy wychowywały dzieci obowiązywał inny styl wychowywania, inne były tez zalecenia pediatrów i doradców. Podejście do dzieci było wtedy dużo bardziej surowe, dziecko miało być posłuszne i to był cel wychowania. Teraz kładziemy nacisk na to, aby dziecko stało się kompetentne, twórcze, radziło sobie w życiu, osiągało sukcesy, w takiej dziedzinie, jaką sobie wybierze. Aby umiało być szczęśliwe i sprawcze. Dzisiaj otwarcie mówi się już o tym, że klapsy są przemocą wobec dziecka i są niedozwolone. I nie, nie jestem zwolennikiem bezstresowego wychowania. Takie coś jak bezstresowe życie nie istnieje. Mamy obowiązek nauczyć dziecko radzić sobie ze stresem. Uważam jednak, że wychowywać to kochać i wymagać, pokazywać drogę, uczyć odpowiedzialności i samodzielnego myślenia. A nie tresować, stosować kary i nagrody, grać strachem. Nie chcę aby dziecko było grzeczne i posłuszne, bo boi się kary. Chcę aby zachowywało się zgodnie z normami społecznymi, ale też z własnym ja, dlatego, że tak ono chce. Że potrafi odróżnić dobro od zła, że jest empatyczne, że radzi sobie z własnymi emocjami. Do tych celów doskonale nadaje się rodzicielstwo bliskości.

A skąd pewność, że to nie chwilowa moda? Kiedyś były inne style wychowania dziecka, teraz jest modny taki styl, za jakiś czas przecież może się się zmienić.

Po pierwsze nie jest to wymysł naszych czasów, a raczej powrót do korzeni, w taki sposób wychowuje się też dzieci w tzw. pierwotnych plemionach. Ale co może nawet bardziej przekonać niektórych, jak już wspomniałam istnieją już badania potwierdzające dobroczynny wpływ tego podejścia na dziecko. Udowodniono na przykład, że bliskość pozytywnie wpływa na rozwój mózgu. Dzieci tak wychowywane są zdrowsze, mają też lepszy rozwój motoryczny. Jest zatem wiele korzyści. Ponadto niemowle w czasie bliskiego kontaktu z matką reguluje oddech, pracę serca i temperaturę ciała. To wpływa na spokojny sen oraz na harmonijny rozwój dziecka. Jeśli dziecko nie jest narażone na długotrwały płacz, jest tulone, noszone, nie jest zalewane hormonem stresu kortyzolem, którego długotrwałe  wydzielanie powoduje prawdziwe spustoszenie w organizmie i może skutkować chorobami somatycznymi, zaburzeniami zachowania.

OK, ale jak można się tego nauczyć?

Należy pracować nad sobą, zanim zaczniemy pracować nad dzieckiem. Można czytać książki, artykuły. Polecam tutaj książki i publikacje szczególnie trzech autorów: Williama Sears, Agnieszki Stein oraz Jespera Juul’a.  Można również udać się na zajęcia warsztatowe dla rodziców. Istnieje np. ogólnopolskie program psychoedukacyjny o nazwie „Szkoła dla rodziców i wychowawców” szczegóły TUTAJ

Jest to cykl 10 spotkań na których omawia się metody wychowawcze, które są bliskie rodzicielstwu bliskości. Na każdych zajęciach porusza się inny temat, mówimy m.in. o mądrym stawianiu granic dziecku, wyrażaniu emocji i radzeniu sobie z nimi, o tym jak zachęcać dziecko, aby chciało z nami współpracować oraz co robić zamiast karać. Rodzice na tych zajęciach  uczą się praktycznie, biorą udział w scenkach, ćwiczeniach. Nie są to wykłady lecz warsztaty.

Czy warto uczestniczyć w takich zajęciach?

Moim zdaniem bardzo. Prowadziłam już ponad 10 edycji Szkoły dla rodziców, za każdym razem i w każdej grupie rodzice są zadowoleni i widzą efekty udziału w zajęciach. Kiedy trafi do mnie rodzic z dzieckiem, które jest „niegrzeczne”, sprawia problemy wychowawcze w domu lub w szkole; nagle na zajęciach okazuje się jak duży problem jest w rodzicach, ile błędów popełnili i bardzo szybko, gdy zaczyna zmieniać się rodzic, zmienia się dziecko, trudności znikają.

Możesz podać jakiś przykład? Trudno mi to sobie wyobrazić.

Dziecko nie radzi sobie ze złością, wpada w histerie, krzyczy, bije inne dzieci czy rodzeństwo. Takie ataki są dla rodziców trudne do opanowania. Większość z nas nie wie jak zareagować, czasem próbujemy karą, groźbą, czasem tłumaczymy. Na zajęciach uczymy się jak powinniśmy reagować w takich czy innych sytuacjach. Znajdujemy przyczynę dlaczego dziecko tak się zachowuje. A takie napady złości często spowodowane są naszą, rodzicielską trudnością z przyjmowaniem złości dziecka. Z odróżnieniem złości jako emocji od zachowania, czyli np. bicia.  Nie dajemy dziecku prawa do złości, a przecież to naturalna emocja do której ma ono prawo. Jednak kiedy nie może się złościć, kiedy musi tłumić w sobie te emocje, kumulują się one w nim i doprowadzają do wybuchu. Często gdy zaczniemy przyjmować złość dziecka – odzwierciedlać ją np. słowami „widzę, że jesteś teraz bardzo zły. Rozumiem to, zdenerwowało cię jak Jaś zabrał twoją książkę bez pytania. Masz rację nie powinien tak zrobić. Jednak nie chcę, abyś bił Jasia z tego powodu. Powiedz mu, że to ci się nie podoba”. Okaże się, że dziecko przestanie wybuchać i będzie się czuło zrozumiane.

 

Dziękuję pięknie za rozmowę! Bardzo dużo mi pomogłaś i wiele wyjaśniłaś 🙂

A jeśli temat nie został do końca wyczerpany i ktoś ma pytania na temat rodzicielstwa bliskości, to zadawajcie je w komentarzach.