„Traktuj swoje dzieci tak samo” – dlaczego nigdy nie stosuję się do tej zasady?

 

Pamiętam, gdy kiedyś – nie mając jeszcze dzieci, rozmawialiśmy z Kubą o tym, jakimi będziemy rodzicami. Powiedziałam wtedy, że jednym z moich priorytetów będzie traktowanie dzieci równo, a mój mąż zgodził się, że to bardzo ważne.

 

 

 

Dzisiaj, jako rodzice trójki pociech, wspominamy to ze śmiechem. Zasada „równości” to coś, co zdecydowanie odrzuciliśmy w wychowaniu Gabi, Misi i Kornela. A wszystko to dla ich… dobra.

 

 

Czego nauczyło nas rodzicielstwo?

Każdy z nas ma swoją listę przekonań i postanowień związanych z rodzicielstwem, które po przyjściu na świat samych zainteresowanych uległy gruntownej zmianie. Niektóre z Was zapewne obiecywały sobie, że nigdy, ale to nigdy nie nakarmią dziecka mlekiem modyfikowanym, ale w końcu sięgnęły po butelkę. Inne zarzekały się, że nie podadzą maluchowi smoczka – kiedy jednak niemowlak wciąż płakał i płakał, nagle „dyduś” przestawał być takim „wielkim złem”. Niektórzy z politowaniem patrzyli na rodziców, którzy bujali dziecko przez 40 minut, by na chwilę zmrużyło oko – kiedy jednak to w ich domu pojawiło się niemowlę, okazało się, że technika „odłóż do łóżeczka, samo zaśnie”, nie działa tak fajnie jak w podręczniku.

 

 

My z Kubą też mamy swoją listę. W naszych rodzicielskich wizjach wychowywanie dzieci było szalenie proste.

 

 

Wystarczy miłość, sprawiedliwość, żelazna konsekwencja i opanowanie.

 

 

Nie uwzględniliśmy tego, że będziemy zmęczeni, że czasem nie będzie nam się czegoś chciało, że machniemy ręką „dla świętego spokoju” – a przecież życie z dziećmi czasem takie jest. Przede wszystkim jednak nie wzięliśmy pod uwagę tego, że nasze dzieci – mimo, że z jednej mamy i taty, spod jednego dachu – będą zupełnie różne i taktyka, która sprawdzi się przy jednym z nich, będzie zupełnie nieskuteczna albo wręcz krzywdząca w przypadku drugiego.

 

 

Jak bardzo różnią się nasze dzieci?

O tym, że nasze dzieci są bardzo różne, przekonaliśmy się bardzo szybko, bo już w pierwsze dni życia Michaliny. Okazało się, że wiedza i doświadczenie, które zdobyliśmy przy opiekowaniu się Gabi, są – pomijając oczywiste kwestie podstawowe, jak zmienianie pieluch – zupełnie bezużyteczne 😊! Gabi uspokajała się przy smoczku, Misia go nie tolerowała i długo trwało zanim nauczyła się ssać smoczek. Gabi nie lubiła głaskania po główce (rozbudzało ją to, zamiast usypiać), Misia nie mogła zasnąć bez takiego dotyku. Gabi spała jak suseł choćby obok niej przejechał motor, Misię budziło naciśnięcie klamki od drzwi sypialni. Takich przykładów jest mnóstwo!

 

 

Z czasem okazało się, że tych zmian jest o wiele więcej. Gabi to nasza sówka, która mogłaby oglądać z nami filmy do późnych godzin nocnych – gdybyśmy tylko jej pozwolili. Misia wstaje skoro świt! Nasza starsza córka już teraz uwielbia rysować i ma predyspozycje humanistyczne, młodsza liczy wszystko, co policzalne. Są inne jak dzień i noc. Różnią się nie tylko pod względem fizycznym i co ciekawsze, dotyczy to nie tylko charakteru, ale także… odporności organizmu i reagowania na leczenie.

 

 

Czy znasz to uczucie, gdy dzieci chorują, ale lek działa tylko na jedno?

Gabi będąc malutką dziewczynką chorowała dość rzadko. W zasadzie zaczęła chorować dopiero w wieku 3 lat, gdy poszła do przedszkola, ale to i tak nie były jakieś bardzo poważne choroby. Nie była nigdy w swoim życiu w szpitalu, a niektóre dzieci moich koleżanek były już z niemowlakami na różnych oddziałach nawet przez kilka tygodni. Gabi mogła od zawsze biegać jesienią bez szalika i bez czapki, chociaż ja – będąc nadgorliwą mamusią, zawsze się starałam, by o tym nie zapominała. Jednak wyjście bez szalika i czapki nigdy w przypadku Gabi nie skutkowało przeziębieniem. Być może ma dobrze zbudowaną odporność organizmu, bo np. gdy w przedszkolu panował atak jelitówki, jej organizm zdawał się być odporny na ataki wirusów i bakterii.

 

 

Z Misią było już trochę inaczej – może dlatego, że jest wcześniakiem albo drugim dzieckiem w naszym domu. Misia zaczęła chorować zanim jeszcze poszła do przedszkola, a i pierwszy antybiotyk zażywała już w swoim czteroletnim życiu. I zdaje się, że i Kornel jest również wrażliwy, chociaż już nie tak bardzo jak Misia. Dlatego tak często zdarza się, że choć wszystkie nasze dzieci chorują na to samo, ale u jednego dziecka przebieg choroby bardzo się przedłuża (czasem nawet choróbsko się „rozkręca” mimo stosowanych leków), a drugie po tygodniu jest zdrowe jak rybka.

 

 

Wiemy, jak reagować na różnice charakterów dzieci. Kiedy Gabi ma gorszy dzień, dobrze jest poświęcić jej minutkę sam na sam, Misię wystarczy rozśmieszyć czy odwrócić uwagę. Natomiast Kornel mimo swoich 18 miesięcy czasami zachowuje się, jakby nie potrzebował mamy ani taty przez cały dzień! Nie wiedzieliśmy jednak, co robić z różnicami w odporności. Długo szukaliśmy rozwiązania, staraliśmy się hartować wszystkie maluchy, potem – gdy to nie przyniosło rezultatu, wszystkie bardziej chronić przed zmiennymi warunkami i atakami drobnoustrojów. Zmiany były małe lub nawet niezauważalne.

 

 

Ostatecznie po długich miesiącach szukania odpowiedniego rozwiązania na chorowanie dzieci trafiliśmy do… homeopaty. Jak pewnie pamiętacie z naszych starszych wpisów, jako rodzice lubimy sprawdzać z czym mamy do czynienia, zanim wyrobimy sobie jakąkolwiek opinię. Czasami są takie momenty w życiu człowieka, że tonący brzytwy się chwyta! I my w pewnym momencie stanęliśmy pod takim murem. Z polecenia znajomej mamy dostaliśmy numer telefonu do skutecznego lekarza.

 

 

Zapisaliśmy się zatem na wizytę i przeżyliśmy mały szok – to była bowiem bardzo szczegółowa wizyta lekarska u lekarza pediatry. Pani Pediatra spojrzała na nasze dzieci bardzo wnikliwie – pytania nie sprowadzały się do krótkiego:

 

„A od kiedy widzi Pani objawy?”

 

 

Zamiast tego musiałam na przykład opowiedzieć, jak Misia lubi spędzać dzień, co je, kiedy zasypia i w jakim tempie rozwijają się u niej objawy standardowej infekcji. Pani Pediatra spojrzała na nasze dzieci holistycznie, uwzględniając ich indywidualne potrzeby i temperamenty, w gabinecie dzieci miały dostępne zabawki i czas na zajęcie się nimi a lekarka wtedy je przez chwilę obserwowała.

 

 

Homeopatia i całe to całościowe, holistyczne podejście zaczęło nas interesować coraz bardziej. Teraz wiemy już na przykład, że jest wiele chorób somatycznych, o których podejrzewa się, że mają związek z charakterem, osobowością. To niby nic nowego – przecież od lat mówi się na przykład, że choroba wrzodowa to schorzenie zestresowanych prezesów. A jednak na co dzień zapominamy, że nasza psychika i ciało się łączą. I raczej nie bierzemy tego pod uwagę w leczeniu dzieci.

 

 

Homeopatia – jak teraz nam pomaga?

Dzięki wizycie u homeopaty zmieniło się nasze podejście do leczenia naszej trójki (a nawet całej piątki). Czy oznacza to, że staliśmy się wrogami antybiotyków? Zapewniam, że nie 😊, są sytuacje kiedy trzeba zadziałać zupełnie bezkompromisowo.

 

Jestem wdzięczna losowi, że żyję w czasach szczepionek i właśnie antybiotyków.

 

 

W niektórych przypadkach antybiotyki są absolutnie niezastąpione – ratują życie nam i naszym dzieciom! I jeśli pediatra zaleca wprowadzenia antybiotykoterapii to w pełni się do niej dostosowujemy!

 

 

Niemniej mam czasem wrażenie, że leczenie dzieci w standardowych gabinetach odbywa się trochę „rzutem na taśmę” – kaszel, podwyższona temperatura: no to antybiotyk. A przecież takie środki jak antybiotyki nie są obojętne dla organizmu człowieka i nie powinny być stosowane w każdym przypadku. Znam osobiście przypadki, gdy dziecko było leczone antybiotykiem przez kilka lat co 2 lub 3 miesiące, bo infekcja cały czas powracała. Może warto zadać sobie pytanie dlaczego infekcja się powtarza? Czy można zrobić coś innego, by uniknąć infekcji? Czy tak częste stosowanie antybiotyku u dziecka jest konieczne?

 

 

Odkąd homeopatia zawitała w naszym domu, podchodzimy nieco inaczej. Najpierw szczegółowo obserwujemy dziecko jeśli zaczyna się jakaś choroba. Później podejmujemy decyzję: wizyta u pediatry leczącego w tradycyjny sposób czy do pediatry stosującego homeopatię. Gdy udajemy się do homeopaty, staramy się spojrzeć całościowo na problem dziecka i poprawić stan jego zdrowia w sposób jak najłagodniejszy, dobrany do potrzeb jego organizmu. I wiecie co? To się naprawdę sprawdza. Gabi już od dawna nie zażywała antybiotyku, co nas niezmiernie cieszy. Natomiast Kornel i Misia ostatnio mieli wysiękowe zapalenie ucha – wtedy antybiotyk był niezbędny, by wyleczyć uszy dzieci, jak najszybciej im ulżyć, niknąc ryzyka powikłań. Natomiast teraz, kiedy zagrożenie związane z tą infekcją minęło możemy powoli i na spokojnie ten ich problem zdrowotny rozpatrywać zgodnie ze sztuką medycyny homeopatycznej – poznać podłoże, stosować profilaktykę itp.

 

 

Równe, czyli takie samo traktowanie dzieci? Nie w naszym domu!

Nie cieszę się, że nie wyszło mi zeszłoroczne postanowienie o ćwiczeniu brzuszków każdego dnia 😉. Nie cieszy mnie też, że nie wyszedł mi pięknie opracowany plan niepodjadania słodyczy, bo jem je cały czas! Ale z niektórych niedotrzymanych postanowień jestem naprawdę zadowolona – jednym z nich jest właśnie to, żeby traktować dzieci równo. Pamiętajmy: tak jak my dorośli jesteśmy różni, tak różne są nasze dzieci. One również wymagają różnego podejścia i uwzględnienia różnych potrzeb. Nie tylko w wychowaniu, ale także w leczeniu.

 

 

Warto spojrzeć na dziecko holistycznie, widzieć przyczynę problemu i ją niwelować starając się młody organizm dziecka wzmacniać.

 

 

 

Komentarze