Wizyta lekarska, która trwa… 2 godziny. Czy to możliwe i potrzebne?

 

Co ma każda mama trójki dzieci? Trochę bałaganu w domu i wieczne niedobory snu – to wiadomo 😉. Ale mama trójki ma też zazwyczaj niezwykle bogate doświadczenie z pediatrami i o poszczególnych, zapadających w pamięć wizytach mogłaby mówić godzinami. Ja dziś też Wam o nich opowiem.

 

 

Dziecko – pełnoprawny pacjent. Czy aby na pewno?

W poradnikach dotyczących wyboru dobrego pediatry znaleźć możemy całe mnóstwo informacji na temat tego, jak powinien się on zachowywać. Wrażliwy, czujny, poświęcający wystarczająco dużo uwagi, o dobrej pamięci i oczywiście odpowiednim podejściu do dzieci. Złoto.

 

 

Jednak – jak pewnie sami dobrze wiecie, teoria nie zawsze pokrywa się z praktyką. Ludzie z braku wyjścia chodzą do przepełnionych przychodni, w których ich dzieci przyjmuje przypadkowy, dyżurujący akurat lekarz. I wówczas może trafić się taki „kwiatek”, jak:

 

  • Lekarz, który nie lubi dzieci

Nawet nie zaszczyci dziecka spojrzeniem i jak tylko może stara się nie patrzeć mu w oczy podczas badania. Ewentualne przejawy dziecięcego lęku (płacz, protest) ewidentnie działają mu na nerwy. Człowiek, który nie wiadomo w jakim celu wybrał pediatrię na specjalizację. My trafiliśmy kiedyś nawet na taką miłą panią, która do jednego z naszych dzieci powiedziała oschłym tonem „Niech otworzy buzię”. Brrr.

 

 

  • Lekarz – milczek

Kiedy rodzice przychodzą z dzieckiem do lekarza, powinni otrzymać pakiet zrozumiale przedstawionych informacji – co się dzieje, dlaczego się dzieje, jak to wyleczyć, czy jest to groźne, czy nie. Niestety – jak pewnie też sami wiecie, są lekarze, którzy mówić nie lubią, a na pytania albo odpowiadają z głębokim westchnieniem zmęczenia, albo nie odpowiadają wcale. Zazwyczaj też nie reagują na „dzień dobry”, bo i po co.

Moim zdaniem tego typu lekarze powinni wrócić na studia i poznać podstawy współpracy z rodzicem. Rodzice, którzy wiedzą dużo, są spokojniejsi i działają z korzyścią dla dziecka. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi?

 

 

  • Lekarz, który ma 85 pacjentów dziennie

A pomiędzy nimi biega po przychodniach w różnych miastach. Jaki jest tego efekt? Taki, że na każdego pacjenta ma około 3,5 minuty. Moja znajoma opowiedziała mi o kuriozalnej sytuacji, w której lekarz zdiagnozował u dziecka anginę bez zajrzenia w gardło – tak się spieszył, że zapomniał. Gdyby opowiedział mi to ktoś inny, chyba bym nie uwierzyła. Oczywiście pojawia się pytanie – jak zaufać takiemu „specjaliście”?

 

 

  • Lekarz, który antybiotykiem wyleczyłby nawet drzazgę w palcu

Antybiotyki są błogosławieństwem, ale wcale nie oznacza to, że należy przepisywać je na wszystko – ich nadmiar bardzo źle wpływa na organizm. Tymczasem są lekarze, którzy nawet nie próbują podejść do leczenia inaczej niż właśnie z udziałem antybiotyku. Trochę czerwone gardło? Antybiotyk. Kaszel bez gorączki? Antybiotyk. Katar? Antybiotyk! I ja mówię temu stanowcze: nie.

 

 

Jak wyglądają teraz nasze wizyty u lekarza?

W poprzednim wpisie o homeopatii pisałam Wam, że swego czasu mieliśmy spore problemy ze zrozumieniem, dlaczego jedno nasze dziecko choruje często i mocno, podczas gdy drugie szybko zwalcza rzadkie infekcje. I wspomniałam też, że w poszukiwaniu odpowiedzi sięgnęliśmy po coś zupełnie dla nas nowego, czyli udaliśmy się do lekarza homeopaty. I teraz opowiem Wam, jak taka wizyta w naszych przypadku wygląda.

 

 

Po pierwsze – trwa ona nawet 2 godziny. Żadnego pośpiechu, żadnej nerwowości w związku z tym, że za drzwiami czeka już kolejka małych pacjentów. Ten spokój jest jak balsam na moją duszę – serio. Czuję, że mogę o wszystko zapytać, że ten czas jest dla mnie i dla mojego dziecka. To działa w dwie strony – niespieszący się lekarz zadaje mnóstwo pytań, zamiast wybierać te najistotniejsze (czyli: „A temperatura?”).

 

 

Po drugie – nasz lekarz homeopata wykazuje wspaniałe podejście do dzieci. Nie chodzi jednak tylko o to, że je toleruje i pozwala np. szaleć w gabinecie (zresztą w życiu bym się na to nie zgodziła). Nasz lekarz pyta i tłumaczy, np. „A powiedz, dlaczego ty właściwie nie lubisz tej czapki, którą mama każe ci nosić? Może cię gryzie? Albo nie odpowiada ci kolor?”. Mówi dziecku, jak właściwie dochodzi do różnych zakażeń – ostatnio Misia zaczęła myć ręce bez proszenia, bo pokazał jej obrazowo, jak przenoszą się wirusy i bakterie. Wiecie, autorytet lekarski ma większą siłę przekonywania niż mama czy tata 😉.

 

 

Po trzecie – nasz homeopata pyta o takie drobiazgi, o które nigdy nie zostałabym zapytana w gabinecie pediatry w przychodni. Np. pyta, co lubi Misia jeść, o której wstaje. Interesuje go, czym się denerwuje, czego nie lubi, jak my reagujemy na różne sytuacje stresowe i czy widzimy zmiany w jej zachowaniu, kiedy rozpoczyna się infekcja. Oprócz tego cały czas obserwuje dziecko.

Jeśli ma katar pyta o rodzaj kataru, czy jest przezroczysty i leci jak woda z kranu, czy jest np. gęsty i zielony. Kto by na to zwracał uwagę ?:) A jednak dla homeopaty są to dwa różne katary. Tak samo gorączka nie jest tylko gorączką. Dziecko może mieć niską gorączkę bez potów, biegać szaleć jakby zupełnie było zdrowe, ale może mieć też wyższą gorączkę, być rozpalone, czerwone, bardzo się pocić i nie mieć siły na zabawę – dla lekarza homeopaty będą to dwie różne gorączki.

 

 

Oczywiście możecie w tym momencie zadać sobie pytanie – jak i ja sobie zadawałam, dlaczego właściwie to wszystko tak długo trwa. I od razu wyjaśnię: nie chodzi o to, żeby nam, rodzicom, było miło i żebyśmy poczuli, że w końcu ktoś ma dla nas czas. Leczenie poprzez homeopatię opiera się na dogłębnym poznaniu funkcjonowania organizmu i możliwych zaburzeń. To dzięki znajomości drobnych szczegółów, pozornie mało istotnych, lekarz homeopata ma szansę dobrać najbardziej dopasowany do dziecka lek. Dla takiego specjalisty znaczenie ma nawet rytm dnia dziecka, bo wie on doskonale, że ciało mocno współgra z psychiką. To głębokie ujęcie, wieloaspektowe i dokładne, które bardzo mnie przekonuje.

 

 

W naszym domu: i homeopatia, i klasyczne leczenie

Jak już wspominałam, nie staliśmy się wrogami klasycznego leczenia – nic bardziej mylnego. Czasem potrzebny jest dziecku antybiotyk i nie ma co z tym dyskutować.

Natomiast mamy komfort, że nasz lekarz doskonale wie kiedy może zastosować leczenie homeopatyczne, a kiedy sytuacja wymaga jednak podania antybiotyku.

 

 

Niemniej im więcej wiem o homeopatii, tym bardziej przekonana jestem, że zagości ona w naszym domu na znacznie dłużej – najpewniej zawsze będzie naszym pierwszym krokiem w przypadku walki z infekcjami. Co i Wam serdecznie polecam, jednocześnie przestrzegając – po takich wizytach wizyta w zwykłej przychodni już zawsze będzie Wam się wydawała jakaś taka… niepełna i trochę jak z taśmy 😉.

 

 

 

 

Komentarze