Wypadek

 

Tego jeszcze nie wiecie. Nie pisałem o tym od razu bo i chwalić się nie ma czym.

 

Chory Jakubek, oooj chory.



Ale teraz, kiedy już nieco ochłonąłem i wróciłem do pracy a w głowie już się tak nie kręci i oko nie chce wyskoczyć, podzielę się z Wami tym przeżyciem. 12. września, w środę miałem wypadek samochodowy. Jechałem służbowo do Zielonej Góry – przede mną 130 km. Deszcz, fatalna droga, ciasny łuk, no i… prędkość. Tyle – jak się okazało – wystarczyło, by nie dojechać do Zielonki a trasę zakończyć w rowie 17 kilometrów od domu. Tyle wiem. Bo jakieś 20 minut okołowypadkowego nie pamiętam do dziś – lekarz mówił, że to typowe po wstrząśnieniu mózgu – niepamięć wsteczna się to nazywa (to pamiętam jeszcze z PO – nie Platforma Obywatelska tylko Przysposobienie Obronne) z liceum :). Bardzo dziwne uczucie – Poczta po lewej, Biedronka po prawej, przejazd kolejowy jeszcze w mieście a potem nagle już siedzę w czyimś samochodzie półprzytomny z krwawiącą rozbitą wargą i słyszę jak w filmie takie stłumione: miałeś wypadek, pogotowie już jedzie i te sygnały karetki i straży…

Wiele osób mnie pyta kiedy wspominam o wypadku: a poważny? Nie wiem – od kiedy zaczyna się poważny wypadek? Więc odpowiadam: 5 dni w szpitalu, 14 na zwolnieniu, zbite żebra (bolą okrutnie do dziś i jeszcze pobolą długo), wstrząśnienie mózgu (teraz pół roku pod opieką neurologa), samochód zakwalifikowany do kasacji. Poważny?

Auć.

Od tego wypadku dla mnie każdy będzie poważny. Dlaczego tak twierdzę? Otóż do 12. września miałem przekonanie o swojej drogowej nieśmiertelności – mimo, że wydawało mi się, że trafiają do mnie wszelkie akcje społeczne – sam na YT oglądałem filmy z takich akcji edukacyjnych dla kierowców w UK (naprawdę sugestywne) – byłem jako kierowca przekonany, że mnie wypadki nie dotyczą – owszem mała stłuczka w mieście się zdarzy (miałem kilka za sobą), ale żeby kiedyś rów, drzewo, czołówka… nieee, nie ja. Jestem przecież po trzech szkołach bezpiecznej jazdy, mam prawo jazdy od 12 lat, setki tysięcy kilometrów doświadczenia, czym to nie jeździłem – od matiza po volvo… Tę samą trasę robiłem dzień wcześniej – we wtorek, udało mi się wykręcić czas dużo krótszy niż wskazują mapy google – WOW! Drugiego dnia nie byłem zmęczony, chyba chciałem powtórzyć ten wynik i przede wszystkim być znów w ZG na czas, ale w środę było mokro. Tylko tyle, jedyna różnica – było mokro.

Kung-fu Panda.

Na USG kiedy okazało się, że moje wnętrze (te śledziony, wątroby, dwunastnice) jest całe lekarz powiedział miał pan szczęście, kiedy przyszli do sali funkcjonariusze z 6 punktami i 200 zł powiedzieli miał pan szczęście, kiedy przyszedł ordynator pomacać mój mostek bo z RTG wynikało podejrzenie złamania powiedział miał pan szczęście. Super – najszczęśliwszy dzień w życiu! A poważniej – z pewnością więcej szczęścia niż rozwagi i zdrowego rozsądku.

Polska służba zdrowia.

Nie wiem – może było mi to potrzebne właśnie z takim – co by nie było – szczęśliwym finałem – taki kubeł zimnej wody, takie światło ostrzegawcze. Dokładnie teraz. Kiedy w domu czekają dwie Kobiety. Żebym zrozumiał, że jednak lepiej być 40 minut później u celu niż 40 lat wcześniej Tam.

Ku rozwadze i przestrodze.

Komentarze