Nasze Kissamos, czyli niesamowity klimat greckiej siesty

Miasteczko na Krecie

W zasadzie to aparat na nasze greckie wakacje wziąłem nieco od niechcenia.

 

Limity w bagażach lotniczych, wizja noszenia tego bądź co bądź ciężkiego sprzętu, świadomość, że jedziemy z dziećmi – to wszystko raczej kazało mi podchodzić sceptycznie do mojej roli fotografa na wypoczynku 🙂 . No ale jak to tak wakacje bez zdjęć, więc z przyzwoitości jednak zapakowałem pewne minimum do plecaka foto.

Na miejscu, tak jak przypuszczałem, aparat więcej leżał niż go brałem w ręce, jednak codzienne aktywności działy się tak szybko i intensywnie, że nie było czasu na zdjęcia. Przynajmniej tak mi się wydawało… Bo nieco musiałem owo wydawanie się zweryfikować po powrocie kiedy to po imporcie zdjęć z karty, okazało się, że jest tam… 1750 obrazków… Aha. Biorąc pod uwagę, że byliśmy na Krecie 5 dni, nie licząc dwóch dni skrajnych, bo w podróży, to wychodzi jakieś 350 zdjęć dziennie średnio. Aha, po raz drugi. Bo przecież nie brałem aparatu do ręki – tak mi się wydawało.

No ale dobra, skoro żeś przywiózł tyle obrazków to spójrzmy co tam masz, Jakubie. Część z nich widzieliście już we wcześniejszych wpisach np. TUTAJ 1 wpis i TUTAJ 2 wpis.

A dziś zapraszam Was do Kisamos – niedużego miasteczka, złapanego w kadrach w sobotnie popołudnie, kiedy uliczki były już nieco opustoszałe, w knajpkach nie było ruchu, przed knajpkami miejscowi grali w szachy albo czynili jakieś leniwe porządki a my wybraliśmy się na spacer i lokalny obiad.

 

Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się przywieźć tego klimatu i poczujecie go razem z nami.

 

Komentarze