Kornel

 

Witaj Łobuzie, nasza nad “i” kropko!

 

Tak, nazywam go łobuzem od pierwszych godzin życia, bo jak każde z naszych dzieci, jest małym indywidualistą i już na starcie poszedł własną ścieżką.

 

 

Termin wyznaczony porodu to 12.11 – nie dzieje się nic. Akurat 13.11 mamy planową wizytę kontrolną u ginekologa, jeśli nadal nic się nie wydarzy, a że się nie wydarza to wizyta ma miejsce. Tam, jako że jest już 40 t.c. + 1, zapada decyzja, że w 40 t.c. + 2, czyli dokładnie 14.11 o godzinie 7 przyszła mama Marysia ma się stawić na oddziale celem podjęcia indukcji porodu. No tak, w końcu to już czas.

Kornel ma to gdzieś. Czekać do siódmej? Bez sensu, tym bardziej że już od kilku dni męczy mamę regularną bezsennością w godzinach 3-6 rano. Postanawia to wykorzystać i dokładnie dziś, 14 listopada budzi nas o 4 w nocy i jasno daje do zrozumienia, że “halo, jeeeedziemyyyy!” No to jedziemy.

W skrócie: o 6 jesteśmy w szpitalu, o 6:45 zajmujemy naszą salę porodową, o 8:30 na wizycie porannej lekarze potwierdzają, że wszystko zmierza ku rozwiązaniu. A o 11:25 nasz Syn jest już z nami. Ale choć szybko i sprawnie a nawet sprintem, jak to określiła nasza położna, to oczywiście nie obyło się bez małych sensacji. W końcowej fazie była mała powtórka z tego co zaserwowała nam Gabi sześć lat temu – zanikające tętno, jeśli nie znasz tej relacji, MUSISZ ją przeczytać. Na szczęście szybko wykonana pehametria potwierdza dobry stan wykluwającego się 🙂 i wg lekarza mamy jeszcze pół godziny by finiszować – mówi to o 11:18. A o 11:25 jak wiecie Kurczak jest już po tej stronie. To właśnie robota Marii!!! I niesamowita pomoc, spokój i wiedza ekipy na porodówce. Kurczak jest prawie cały owinięty pępowiną – dookoła głowy, szyi i jeszcze ma z niej szelki na plecach!!! Stąd właśnie te końcowe deceleracje.

 

 

To był piękny poród. Naprawdę, pod każdym względem. Znów sprzyjały nam dobre anioły, które zesłały nam tych, których byśmy się nie spodziewali a byli z nami – dokładnie tak jak WTEDY. Ja miałem w sobie niesamowity spokój o to, że wszystko będzie jak powinno, choć przez te kilka godzin nie mogłem poradzić sobie z jednym – z przejmującym wzruszeniem już od nocy, które czasami nie pozwalało mi dokończyć prostego zdania bo gniotło mi słowa w gardle. No i znów “najdzielniejsza z dzielnych, najtwardsza z twardych i najlepsza z najlepszych” – jak pisałem o Marii TUTAJ, okazała się kobietą ze stali, a doświadczenie i świadomość siebie samej, swojego ciała i ta jej ogromna determinacja pozwoliły jej po raz kolejny w piękny sposób dokonać tego cudu – cudu narodzin.

Cudownie też było słyszeć po wszystkim, jak kilkanaście razy moja dzielna żona mówi do mnie: udało NAM się, ZROBILIŚMY to! Nie przypuszczałbym wcześniej, że mogłem mieć aż taki udział w tym dziele, by zasługi dzielić po równo. Ale to piękne, czuć się tak bardzo potrzebnym w takim momencie.

 

 

Dochodzi północ, za nami piękny i wymagający dzień dla całej naszej rodziny. Położyłem spać nasze dwie dzielne dziewczyny w swoich łóżkach, Maria jest z Kurczakiem (Kogucikiem już bardziej!) w szpitalu ale wszyscy myślami jesteśmy przy sobie bo już bardzo tęsknimy, do tego by być w piątkę, w komplecie, w domu.

 

Komentarze