Sekret rodziców, których dzieci lubią się uczyć – my go znamy!

 

Jak wiecie, w tym roku Gabi poszła do szkoły. Było to dla nas ogromne stresujące przeżycie (z pewnością denerwowaliśmy się bardziej niż ona 😉).

 

 

Wśród rzeczy, na których nam bardzo zależało, dwie były priorytetowe: to, żeby Gabi zdobyła przyjaciół oraz aby poczuła, że nauka jest naprawdę… fajna. Przyjaciele pojawili się sami. O radość z nauki musieliśmy i chcieliśmy zadbać, ale przyszło nam to zaskakująco łatwo!

 

 

Nasza Gabi jest uczennicą klasy pierwszej już od trzech miesięcy. Z jednej strony to niedługo, z drugiej – wystarczająco, aby dziecko poczuło, że szkoła bywa nie aż tak zachwycająca, jak to się wydawało przed jej rozpoczęciem 😉.

Od samego początku bardzo zależało nam, aby kapryszenie i grymaszenie przy lekcjach zredukować do minimum. Bardzo nie chcieliśmy jednak podchodzić do sprawy na zasadzie: „Masz się uczyć, to twój obowiązek”. Jako małżeński team składający się z pedagoga i socjologa dobrze wiemy, że nauka może być przyjemnością – wszystko zależy od sposobu, w jaki się do niej podejdzie oraz od motywacji samego zainteresowanego (w tym przypadku zainteresowanej).

 

 

Nasze niecodzienne metody wspierania Gabi w procesie uczenia się czytania i liczenia pojawiały się zatem bardzo naturalnie. I teraz śmiało możemy podzielić się nimi z Wami – wiemy, że naprawdę działają. Innymi słowy, znamy sekret rodziców, który dzieci lubią się uczyć. To po prostu… zabawa!

 

Nauka poprzez zabawę – czyli łatwo i przyjemnie 😊

 

 

  • Wierszyki i piosenki, czyli uczymy się razem

Kiedy Gabi musi nauczyć się piosenki, włączam ją na YouTube (i odkładam telefon, żeby nie odwracał uwagi obrazem). Następnie śpiewamy razem – od razu zaznaczę, że byłam naprawdę pod wrażeniem tego, jak błyskawicznie dzięki tej metodzie moja córka uczy się na pamięć. Wiadomo – śpiewanie ułatwia zapamiętywanie, a gdy śpiewa cała rodzina, to wystarczy tylko kilka minut!

Z wierszykami jest trochę inaczej. Kiedy Gabi musi jakiś „wkuć”, robimy sobie małą konkurencję (czy Wasze 7-latki tez tak uwielbiają rywalizację? 😉). Uczy się więc nie tylko Gabi, ale i Kuba, Misia i ja. Gabi czuje taką motywację, że za każdym razem wygrywa.

 

 

  • Skróty

U Gabi póki co wprowadzane są podstawowe zagadnienia związane z czytaniem i pisaniem. Niedługo jednak zacznie się poważniejsza nauka, na przykład wkuwanie, po których literach pisze się „rz”. I wtedy nauczę ją wierszyka, który bardzo mi pomógł, gdy sama byłam dzieckiem. Brzmi on tak: „Prosi babka tatka, daj kawałek gnatka. Jeszcze więcej chrzanu!” Jak pewnie się orientujecie, po pierwszych literach wymienionych wyrazów zawsze piszemy „rz” 😉.

 

 

  • Słówka

Od tego roku nasza Gabi zaczęła też chodzić na dodatkowe zajęcia z języka angielskiego. Wiecie, w jaki sposób zaczęła błyskawicznie uczyć się nazw kolorów? Poprzez rzucanie małych, plastikowych piłek, które znają wszyscy rodzice małych dzieci. Rzucamy je do siebie nawzajem. Osoba, która łapie czerwoną piłeczkę, musi oczywiście krzyknąć: „red!”, a ta, której przypadnie np. żółta: „yellow!”. Kto źle krzyknie, ten odpada. Jeden dzień i Gabi znała wszystkie kolory 😊.

 

 

  • Gry

Jak wspomniałam, powyższe metody nauki poprzez zabawę pojawiły się naturalnie. Jednak już z dodawaniem i odejmowaniem miałam problem. O ile dla Misi to frajda (uwielbia bawić się w zagadki typu: „Ile będziesz miała cukierków, jeśli zabiorę Ci dwa?”), o tyle Gabi wymagała już czegoś o wiele bardziej ciekawszego.

Na szczęście los nam sprzyja – akurat w tym okresie usłyszałam od przyjaciółki – mamy dziecka w wieku bardziej szkolnym 😊 – o kartach Grabowskiego. Natychmiast je kupiłam i teraz polecam je absolutnie wszystkim, bo to po prostu strzał w dziesiątkę (a nawet w dwudziestkę, trzydziestkę i cały szereg innych liczb 😉)!

 

 

Co to są karty Grabowskiego?

Otóż, moi drodzy, karty Grabowskiego to zestaw gier edukacyjnych opartych na specjalnej talii kart, które pomagają dzieciom uczącym się dodawanie i odejmowania. Co jednak szczególnie istotne – pomagają poprzez naprawdę wkręcającą zabawę. Szczerze mówiąc, byłam w szoku, że o nich nie wiedziałam, bo okazuje się, że istnieją one na rynku już od 20 lat! Znamy, jak pewnie większość z was kultowe i najróżniejsze wersje gry memory i od dawna w nie gramy w domu, ale po jakimś czasie, jaki by nie był temat „memorków” to zaczynają się robić monotonne – bo ileż można ćwiczyć samą pamięć i spostrzegawczość. Karty Grabowskiego to z kolei nie tylko zwykłą matematyka, to też np. biegła nauka „znania się na zegarku”, oczywiście nauka przez zabawę w stu procentach a przecież każdy szkolniak już chce ZNAĆ SIĘ NA ZEGARKU! 😀 U Gabi to pragnienie obudziło się właśnie w szkole – chce sama czytać plan lekcji, wiedzieć „na którą ma”, ile czasu spędziła w świetlicy, o której godzinie wrócili z wycieczki itd. I niżej na zdjęciach widzicie właśnie jedną z gier opartą na zasadzie działania zegara oraz jej opis w książce z innymi grami proponowanymi przez autorów.

 

 

Od razu zaznaczę, że kupić możecie dwa różne zestawy. W pierwszym, podstawowym, są specjalne karty do gry (58 kart dużych i 9 dwustronnych małych kart) oraz książeczka z opisem 9 ciekawych gier. W drugim zestawie – rozszerzonym, dodatkowo jest druga książka, tym razem z aż 20 grami. Jako że my bardzo lubimy takie wspólne rozrywki, od razu wzięłam wersję rozszerzoną.

 

 

Jeśli nie mieliście nigdy do czynienia z kartami Grabowskiego, to na pewno ciekawi Was, jakim cudem nauka dodawania i odejmowania może być ciekawa. Rozumiem to – ja sama nie do końca byłam przekonana. Ale jak mówiłam, Gabi uwielbia rywalizację. A w tych grach konkurowanie z innymi to podstawa 😊. Kiedy pozna się delikatnie -(koniecznie kliknij, by poczytać o twórcy ->) historię powstania kart i osobę ich autora – Pana Andrzeja Grabowskiego, wiele się wyjaśnia – otóż Pan Grabowski od zawsze pracował z dziećmi i młodzieżą – jako trener lekkiej atletyki osiągając ze swoimi zawodnikami rewelacyjne efekty a później właśnie jako nauczyciel matematyki – bo takie też miał wykształcenie. I te dwie pasje pozwoliły mu łącząc je opracować właśnie ten doskonały sposób przyswajania materiału liczbowego – rywalizacja – to ona okazała się najlepszym motywatorem i impulsem do chłonięcia wiedzy matematycznej przez dzieciaki!

 

 

Aby zobrazować Wam nieco przyjemność, jaka płynie z tej zabawy, opisze Wam jedną z naszych ulubionych, czyli Poławiacze pereł.

 

 

Poławiacze pereł, czyli wciągnij dziecko do zabawy!

Najpierw muszę Wam wyjaśnić, że zestaw kart składa się z różnych elementów. Mianowicie mamy tu tzw. duże karty – z liczbami, małe karty za znakami działań, a ponadto tzw. dżokery, pod które można podstawić dowolną cyfrę.

My nie korzystamy jeszcze z dżokerów – te karty nie są też potrzebne w Poławiaczu Pereł.

Najpierw karty z graczy wybiera sobie dwie mały karty – np. „-” oraz „=”. Następnie karty są tasowane – ostrzegam, trzeba zrobić to porządnie 😊. Kolejny krok to rozsypanie ich na stole, ale koniecznie liczbami do dołu. Każdy gracz układa sobie przed sobą karty małe, w taki sposób, by stworzyć bazę pod równanie, czyli zostawić puste miejsca, w których pojawią się karty z liczbami.

Potem pierwszy gracz wybiera trzy karty, odsłania je i sprawdza, czy może ułożyć z nich pasujące równanie. Jeśli to się nie udaje, rusza kolejna osoba, która odkrywa już tylko jedną kartę – i tak dalej, aż ktoś w końcu ułoży równość. Ale uwaga! Jeśli przed ułożeniem równania dana osoba nie powie go na głos, nie otrzymuje punktu! Jeśli będzie o tym pamiętała, zdobywa tyle „pereł”, ile jest dużych kart w równaniu.

Oczywiście grę można modyfikować – gdy tylko dziecko opanuje dodawanie i odejmowanie w zakresie od 1 do 10, dokładamy karty purpurowe, które obejmują zakres od 11 do 20. My już weszliśmy na ten wyższy poziom 😊.

 

 

Czego jeszcze nauczy się Twoje dziecko podczas gry kartami?

Nasza Gabi miewa czasem problem z przegrywaniem. Jako pedagog wiem, że to naturalne w tym wieku i jest na to tylko jeden sposób: musi grać jak najczęściej. To dzięki regularnym zabawom, w których czasem się po prostu przegrywa, nauczy się robić to z klasą 😉.

I powiem Wam szczerze, że dość szybko zauważyłam, że na Gabi to rzeczywiście działa. Nasza dziewczynka, której zdarzało się mówić obrażonym tonem: „to ja już nie gram!” 😉, teraz coraz częściej podnosi brodę i z uśmiechem mówi: „to jeszcze raz, zobaczymy, kto tym razem wygra!”. Pięknie się patrzy na takie zmiany.

Spontanicznie podczas jednej z partyjek kiedy zabrakło palców do liczenia, włączyliśmy do pomocy… cukierki! Jest ich więcej niż paluszków, działają dokładnie tak samo jak liczenie na patyczkach w szkole, a do tego można umówić się, że za każde rozwiązane zadanie co dziesiąty cukierek jest do zjedzenia! 😀 I znowu liczenie i znowu przyjemności!

 

 

KARTY W RÓŻNYCH ZESTAWACH KUPISZ TUTAJ:

 

kartygrabowskiego.pl

 

 

Karty Grabowskiego to jednak jeszcze wiele innych korzyści. Jeśli rzeczywiście wszyscy się wciągniecie i usiądziecie kilka razy w tygodniu do „partyjki”, to Wasze dziecko będzie ćwiczyło:

  • spostrzegawczość (czasem naprawdę łatwo przegapić dobrą kartę!),
  • szybkość,
  • pamięć,
  • logiczne myślenie,
  • umiejętność pracy w zespole (w co najmniej jednej z gier trzeba połączyć siły!),
  • a nawet odczytywanie godzin na tarczy.

 

Albo ciuciubabka! Tak, liczbowa ciuciubabka przy stole! 😀 Wiecie jaka to ekscytacja dla dziecka kiedy coś jest niespodzianką, prawda? A kiedy ma się zawiązane oczy to wszystko dookoła jest niespodzianką, nawet to ile kart masz w ręku i kiedy trzeba je policzyć a potem dodać i podać wynik. Jaki proste, a jakie skuteczne, ekscytujące, rozwijające i naprawdę Gabi nie chciała przerywać tej zabawy – po prostu czekała na kolejne partie i niespodzianki!

 

 

Podsumowując – naprawdę warto! Wieczorem przygotujcie więc sobie jakieś przysmaki, uzbrójcie się w dobre humory i zaczynajcie partyjkę. Gwarantuję, że Wasze dzieci zupełnie się nie zorientują, że właśnie się czegoś nauczyły 😊.

 

KARTY W RÓŻNYCH ZESTAWACH KUPISZ TUTAJ:

 

kartygrabowskiego.pl

 

 

Partnerem publikacji jest wydawca Kart Grabowskiego

 

Komentarze