Jeśli Twój mąż pomaga Ci w obowiązkach domowych, to najprawdopodobniej Twój związek jest w ciemnej d…

 

Inspiracją do tego wpisu był komentarz jednej z naszych obserwatorek. Zarzuciła ona Marysi, że ta robi ze mnie niewolnika – nie dość, że pracuję zawodowo, to robię jeszcze typowo „kobiece” rzeczy: przewijam dzieci, piorę, obsługuję zmywarkę, a nawet robię codziennie dzieciom kolację i im czytam! Daliśmy sobie chwilę na refleksję i dyskusję, zanim postanowiliśmy to skomentować. A oto wnioski!

 

Skąd ten komentarz?

Po przeczytaniu wspomnianego komentarza, nakarmieniu i wykąpaniu dzieci oraz położeniu je spać, poruszyliśmy z Marysią temat. Zastanawialiśmy się chwilę, co kierowało piszącą komentarz – bo na pewno nie chodzi tutaj o zwykły hejt. Wiele osób sądzi podobnie, wiele kobiet i jeszcze więcej mężczyzn uważa, że obowiązki domowe to kobieca sprawa – facet ma po prostu zarabiać.

W końcu zgodnie uznaliśmy, że komentarz powstał ze zwykłej, najprostszej zazdrości. Wiecie, czasem tak jest, że kiedy coś jest poza naszym zasięgiem, obrzydzamy to, a posiadającego – krytykujemy. Kiedy sąsiad kupi sobie świetny samochód – na pewno ma lewe interesy. Przecież nie byłoby go stać, ot tak. Kuzynka ma płatną pomoc w domu.

„Widocznie nie chce jej się sprzątać, niektóre kobiety TAKIE są”.

Mąż ogarnia dom i dzieci po pracy? Pantoflarz, niewolnik:

„mój mąż może sobie odpocząć, nie ścigam go do roboty”.

 

A przecież każdy z nas chciałby mieć dobry samochód i jeździć na zagraniczne, luksusowe wakacje. Każdy z nas chciałby wracać do czystego domu (szczerze – ile z Was wraca  codziennie w swoje cztery ściany i z głębokim westchnieniem zaczyna je ogarniać, zamiast usiąść i choć na chwilę odpocząć?). W końcu – każda z kobiet (każda!) chciałaby mieć męża czy partnera, który, widząc jej zmęczenie, powiedziałby:

„Kurcze, kochanie, chyba nasze słoneczka dały ci popalić. Usiądź sobie, ja zrobię ten obiad”.

Stwierdziliśmy też, że choć te słowa są obraźliwe i krzywdzące, jest nam żal ich autorki. Pisząc je, zapewne znajduje usprawiedliwienie dla swojej życiowej sytuacji, w której harować w domu musi tylko ona. Obśmiewając nas, może zdusić myśl, że być może dokonała złego wyboru w życiu, może coś u niej poszło nie tak. Łatwiej jest wyśmiać i obrazić niż powiedzieć: „cholera, brakuje mi tego, też bym tak chciała”.

Zostawmy jednak już autorkę komentarza. Jako przywołany do głosu niewolnik postanowiłem powiedzieć Wam, dlaczego nasze życie z Marysią wygląda tak, a nie inaczej.

 

Po pierwsze – uważam, że nie powinienem POMAGAĆ swojej żonie.

Określenie „pomagać” zakłada, że obowiązki są tak naprawdę Marysi – ja mogę, ale muszę służyć pomocą. Otóż nie, ja nie pomagam mojej żonie. Wykonuję swoje obowiązki, które wynikają z naszej równorzędności jako partnerów. Nie uważam, że ona jest gorsza, a ja lepszy. To NASZE życie, NASZ dom, NASZE obowiązki. I nie chodzi o to, że jestem wyjątkowy i w ogóle „wow” – tak powinno to wyglądać normalnie, w zdrowym związku kochających się ludzi.

 

Po drugie – uważam, że moja żona haruje jak wół i należy się jej odpoczynek.

Świadomość tego, ile pracy wykonuje moja żona, wynika z poprzedniego punktu. Może gdybym uważał się za pana i władcę, który po pracy siada w fotelu i przeskakuje pilotem z kanału na kanał (oczekując np. na obiad), też powiedziałbym, że Marysia „siedzi w domu”. Ale jestem w tym razem z nią, codziennie. I wiem, jak to jest nie mieć chwili dla siebie. Wiem, jak to jest, kiedy pranie goni prasowanie, dzieci trzeba umyć, nakarmić, położyć spać. Wiem, jak błyskawicznie robi się bałagan w kuchni i że codziennie pełny kosz na pranie to nie legenda. Wiem też, że dodatkowe obowiązki same się nie zrobią – zakupy, mycie okien, pranie zasłon i dywanu, na który ktoś wylał sok. W domu zawsze jest coś do roboty. Kiedy siadamy wieczorem na kanapie, oboje wyrzucamy z siebie: „ufff!” – chwila wolnego!

 

Po trzecie – nie uważam, że skoro pracuję zawodowo, to po pracy mogę nie robić nic.

Bo tak szczerze – niby dlaczego? Niby z jakiej racji ja mam pracować np. 8 godzin, a moja żona 24 godziny? Jakim prawem miałbym uznać, że tylko jej obowiązkiem jest wstawanie w nocy do dzieci, skoro oboje budzimy się, skoro świt?

Gdyby Marysia zechciała szczeniaczka, a ja miałbym coś przeciwko, mógłbym powiedzieć: „Wiesz co, jak uważasz. Ale jeśli tak bardzo tego chcesz, to ogarniaj go sama, ja umywam ręce”. I spoko, niech się o tego szczeniaczka troszczy i wstaje do niego bladym świtem.

Ale na dzieci zdecydowaliśmy się oboje, świadomie. Są NASZĄ dumą, NASZĄ radością i NASZYM obowiązkiem. Dlatego wstaję w nocy naprzemiennie z Marysią.

 

Po czwarte – wiem, że wzajemna troska wspaniale działa na związek.

Kiedy widzę, że moja żona jest zmęczona, mówię jej: „Odpocznij, ja to zrobię”. Kiedy ona widzi, że to ja mam zły dzień, mówi: „Usiądź i obejrzyj sobie coś, ja dokończę obiad”. Nigdy w życiu żadne z nas nie powiedziało do drugiego: „Ale czym ty jesteś zmęczony/-a?”, bo każdy ma prawo to zmęczenie odczuwać.

To wzajemna troska, dzięki której okazujemy sobie Miłość. Według mnie ważniejsza od kwiatów, przyniesionych przez pana i władcę raz do roku. Bardziej prawdziwa, bardziej życiowa. Moja żona nie musi zastanawiać się, czy jest dla mnie ważna – widzi to i czuje. Tak jak ja czuję to z jej strony.

 

Niewolnicy są wśród nas

Czy zabolało mnie, że ktoś nazwał mnie niewolnikiem? Nie, raczej zrobiło mi się żal, że wciąż tyle kobiet musi samodzielnie ogarniać wspólne przecież obowiązki. Że choć zmienia się to stopniowo, a „niewolników” jest coraz więcej, wciąż kobiety słyszą:

„Ty to masz, dobrze, twój mąż to NAWET do lekarza z dziećmi pójdzie”.

Że wciąż ojciec na placu zabaw traktowany jest jak bohater, a matka to… no matka, jej obowiązek.

Nie czuję się bohaterem. Dbanie o dzieci, żonę i dom to mój obowiązek – i uwierzcie, że jest mi z tym naprawdę, naprawdę dobrze 😊. Bardzo dobrze!

 

 

Komentarze