Blog parentingowy dla mamy i taty. Prawdziwy parenting i lifestyle z dzieckiem. Początkowo ciążowy, teraz rodzinny.

Rodzicu, czy umiesz dziś być dzieckiem? A czy umiesz być z dzieckiem?

Jak być fajnym rodzicem

Jak być fajnym rodzicem?

 

To pewnie jedno z częstszych pytań, które sobie zadajemy. A co więcej: jest to na pewno jedno z naszych większych pragnień – przecież chcemy być fajnymi rodzicami dla naszych dzieci. To oczywiste. Ale odkryłem coś jeszcze.

 

 

Często stajemy się dziećmi, dla nich, by być jak dobry kumpel, wspólnie bawić się, robić głupie miny, mówić śmiesznym głosem, rzucać kulkami z papieru, pić podaną herbatkę i zjeść plastelinowe ciasteczko – wejść w ten ich świat i pokazać: “Hej, ze mną możesz konie kraść”. To zbliża.

 

 

Ale wiecie co odkryłem, a w zasadzie nadal odkrywam każdego dnia? Że jeszcze cenniejsze i fajniejsze jest pokazać swojemu dziecku, oprócz tego, że dziś umiesz nim być, że ty, ten oto tata z brodą, ta oto mama dorosła kobieta, też kiedyś byliście dziećmi. Małą dziewczynką z kitkami, małym chłopcem w krótkich porciętach. Spójrzcie. Nasze dzieci przychodząc na świat i go poznając otrzymują pewien obraz zastany, który staje się dla nich oczywisty i przyjęty a priori, z którym się nie dyskutuje, bo tak jest od zawsze, jak to, że niebo jest niebieskie. I tak też widzą i Ciebie rodzicu.

 

 

My w ciałach dorosłych, znani na co dzień z rutynowych naszych ról mamy, taty – opiekuna, dorosłego. A przecież też byliśmy dziećmi. Też byliśmy dokładnie w tym samym miejscu, w którym dziś są nasze maluchy. Z identycznymi troskami, z takimi samymi radościami, podobną interpretacją świata i rzeczywistości, z tak samo naiwnymi pytaniami.

Bo czym innym jest kiedy ten duży tata na chwilę staje się kompanem w zabawie, a czym innym kiedy okazuje się, że ten sam tata też całe lata, co prawda kiedyś, ale jednak całe lata dzieciństwa uwielbiał jeździć na rowerze, kłócił się z kolegami z przedszkola, nie lubił kaszanki, miał zdarte kolana i tak samo bał się zanurzać je w wannie wieczorem “bo szczypie!”, podkochiwał się w kimś z grupy, tęsknił za rodzicami na wyjeździe, miał swoją ulubioną przytulankę, ulubione czerwone auto do zabawy.

 

 

To jest tak proste i oczywiste. Dla nas. A skąd to mają wiedzieć nasze dzieci? Jeśli im o tym sami nie powiemy, jeśli regularnie nie będziemy ich zabierać do tej naszej krainy lat naszego czasu pacholęctwa?

Ja wręcz z pasją to robię, bo po pierwsze sam lubię wracać do tych chwil – dzięki tym opowieściom czuję, że nie do końca straciłem czucie tych momentów, że są stale we mnie żywe, ale przede wszystkim widzę tę fascynację u Gabi, kiedy przytaczam jakąś realną scenę, historię z ówczesnego życia jej taty, gdy np. jako pięciolatek (tak jak ona dziś jest pięciolatką) bardzo chciał pistolet na kapiszony i dziadek mu go kupił na kolorowym odpuście.

Ileż razy, nagle, niespodziewanie córka ma wraca do tych historii, siedząc w wannie, lub leżąc w łóżku woła, ja przychodzę i słyszę: “Tato, opowiedz mi jeszcze raz jak byłeś mały i wygrałeś ten konkurs w szkole na recytację wiersza”. Nawet nie pamiętam, że o tym też już jej kiedyś opowiedziałem a jak widać u niej to cały czas kiełkuje i chce do tego wracać. Dopytuje o szczegóły, które już zna, ale chce znowu usłyszeć opowieść w pełni: “I cieszyłeś się? A dlaczego twój kolega nie wygrał? A denerwowałeś się? A nagroda była fajna?”

 

 

Pretekstów do takich podróży w czasie jest mnóstwo, każdego dnia, nie przesadzę mówiąc, że w każdej godzinie coś się znajdzie, bo przecież moje i jej, to to samo dzieciństwo, tak samo przeżywane, to się nie zmienia.

O, kolejny przykład z życia wzięty! Kiedy wstawiasz dzieciakom nowe łóżko do pokoju i jest to łóżko piętrowe a ty będąc  dzieckiem miałeś również piętrusa w domu, to tematu na historie z tym związane jest na każdy wieczór przez najbliższe 30 dni lub kiedy w sklepie przy kasie twoje dziecko zwyczajowo pyta czy może wziąć słodycz i sięga po jeden z twoich ulubionych z dzieciństwa, więc mówisz: “Weź więcej tych MAOAMków! Dla taty jeszcze kilka! Wiśniowe weź!” A potem wspólnie ciamkając w drodze do domu już snujesz na głos wspomnienia jak to było, gdy kiedyś pomyliłeś, podbierając po ciemku z szafki w kuchni, takiego MAOAM z kostką rosołową i dopiero w buzi się zorientowałeś, że to nie smak owocu a wywaru z kury.

 

 

Albo kiedy w hotelu dziecko twe ogląda kreskówkę a ty się dosiadasz i mówisz, że ten Jimmy Pif Paf to od zawsze miał takiego pecha. A twoje dziecko patrzy wielkimi oczami, więc wyjaśniasz, że to Bolek i Lolek i 30 lat temu też się śmiałeś do rozpuku z ich przygód na Dzikim Zachodzie. I właśnie sobie przypominasz, że to była twoja pierwsza w życiu wizyta w kinie, więc znów podróż sentymentalna a potem już za każdym razem córka cię woła, kiedy w TV Bolek i Lolek, Reksio, Miś Uszatek, Wróbel Ćwirek: “Tatoooo, twoja ulubiona bajka z dzieciństwaaaa, chodź!”.

” – Tatooo, ty też miałeś bębenek jak byłeś mały? I gitarę?! – Oczywiście, że miałem, zobacz co z nią robiłem!” Albo kiedy skonstruowałem “głuchy telefon” z dwóch puszek po groszku i sznurka, nie było dnia, żebyśmy na linii nie przegadali kilkunastu minut – zupełnie jak wtedy gdy sam byłem chłopcem.

 

 

Już wiem, że latem zrobię dla Gabi szczudła, bo to kolejne moje niesamowite wspomnienie z dzieciństwa – zapach wakacji u babci, dziadek, który te szczudła zrobił, smak truskawkowej, pomarańczowej, wiśniowej gumy rozpuszczalnej, kawy zbożowej pitej w upalne dni. Ale to latem. Tymczasem mamy inną misję, przecież łóżko piętrowe to już jakieś 75% profesjonalnej BAZY – potrzeba jeszcze tylko kilka koców, poduszek, latarki.

 

 

“- Chodź Gabson, tata ci pokaże jak robił bazy kiedy był mały, byłem w tym mistrzem! – Naprawdę, tato!? Ale super!”. I taka jej odpowiedź niesie ogromne prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że umiem być fajnym tatą. I chcę, żeby tak było zawsze!

 

 

Do przemyśleń o tym jak być jeszcze fajniejszym tatą zachęcił mnie partner wpisu, marka MAOAM

Komentarze