Mój piętnastoletni koszmar, który właśnie niedawno się zakończył. A kosztował ćwierć miliona.

 

Zaczęło się od tego, że zacząłem dobrze zarabiać. Jest 2003 rok, ja mam 21 lat.

Po zaledwie dwóch latach pracy na stanowiskach sprzedawcy w kilku sklepach zostaję awansowany na stanowisko kierownicze – salonu odzieżowego, 600 m kwadratowych z ciuchami marki, która rozwija się właśnie w takim tempie jak żadna inna marka odzieżowa w kraju, z 40 ludźmi pod sobą, a ten salon odzieżowy w najbardziej prestiżowym centrum handlowym w Polsce. Realizacja planu sprzedaży założonego przez centralę w pierwszym miesiącu na poziomie 220% – nikt się tego nie spodziewał. Wypłata dla kierowników na poziomie od 7 do 10 tysięcy netto. Co??? To moja wypłata? Kiedy ja dotychczas zarabiałem w porywach 1300 zł a zdarzało się i 700 zł w miesiącu? Całkiem nieźle, prawda? Niektórzy moi koledzy, ze studiów, z pracy, mówią, że bajka. Pewnie tak, tym bardziej, że drugi i kolejne najbliższe miesiące i wpływy na konto to potwierdzają. Tylko nikt nie wie, że to właśnie…

 

Początek kilkunastoletniego koszmaru

Mieszkam z rodzicami, w centrum dużego miasta. Nie mam w zasadzie żadnych kosztów, oprócz czesnego za studia zaoczne, które opłacam no i wszystkich innych drobniejszych wydatków, które każdy student raczej na sobie ma – ciuchy, jedzenie, kino, rozrywki, ale nic z większych i stałych. Dwie pierwsze, te kilkutysięczne wypłaty przeznaczam na wkład własny zakupu samochodu. Nowego, z salonu. Bo policzyłem, że mnie stać, że wystarczy przecież z takich wypłat na ratę kredytu na auto, ubezpieczenie i paliwo. No i że zostanie na całą tę resztę wydatków bieżących. Kupuję auto z wyprzedaży rocznika i od nowego roku cieszę się pierwszym swoim samochodem. Oraz ratą kredytu na 6 lat. Kosztami paliwa miesięcznie, „nieco” większymi niż zakładałem, bo jak się ma samochód to się jednak jeździ nim wszędzie a także już za niedługo “cieszę się” dużo większą składką na ubezpieczenie, bo w ciągu roku zaliczam dwie szkody, obie z mojej winy. A auto przecież muszę mieć ubezpieczone, bo jest w kredycie.

 

Możliwości jak nigdy

Samochodem jeżdżę od lutego 2004, w lutym 2005, rok później, pojawia się pomysł i możliwość kupienia mieszkania. Przecież mam możliwości finansowe jak nigdy – bank to potwierdza oceniając moją zdolność kredytową na trzykrotność kwoty, za jaką chcę kupić swoje nowe mieszkanie, czyli z ogromnym marginesem, zatem nie ma się czego bać. To dodatkowo doskonały moment, bo prognozowane są duże skoki cen na rynku nieruchomości już niedługo, czyli okazja, jaka może się już nie powtórzyć. Wszystko dzieje się szybko i pod koniec lutego jestem po umowie kredytowej. Mieszkanie kupione oczywiście na tzw. etapie dziury w ziemi – z odbiorem na koniec wakacji. Oczywiście kredyt też w walucie obcej, we franku szwajcarskim, bo tak to się wówczas odbywało masowo. Wraz z podpisaniem umowy kredytu i wpłaceniem przez bank pierwszej transzy zaczynam spłacać kredyt. Pojawiają się więc obciążenia, których za nic w świecie w swym ekonomicznym i strategicznym „geniuszu” nie zakładałem wcześniej – np. rok wcześniej, podejmując nonszalancką decyzję o zakupie nowego samochodu i jego finansowaniu drogim kredytem. Ale przecież zarabiam, bo plany w pracy nadal robimy grubo ponad 100% – w końcu to marka czołowa w branży, a salon najlepszy w Polsce, jak się okazuje z czasem.

 

Hiszpańska płytka w łazience

Nadchodzi moment odbioru mieszkania, a więc jest po wypłatach wszystkich transz kredytu przez bank, co oznacza początek spłaty rat w całości – kapitał i odsetki. Mieszkanie nowe, więc w stanie deweloperskim – trzeba tu jakoś zamieszkać – podłogi, kuchnia, łazienka, kanapa – podstawy przecież, a ja nie chcę mieć mieszkania urządzonego w basicu, wiecie – ma być hiszpańska płytka w łazience, blat kamienny pod umywalką, w kuchni meble z mdf-u i w połysku, drzwi nie z marketu, ale na zamówienie, armatura z katalogów – stać mnie, idą na to wszystkie bieżące zarobki. Po drodze jest notariusz – też swoje zawołał, no i od momentu odbioru mieszkania płacę za utrzymanie go do wspólnoty.

I tak oto z grubego portfela studenckiego, z którego wyciągałem jedynie na drobiazgi i przyjemności robi się portfel całkiem dorosłego człowieka, z mnóstwem poważnych, stałych, obarczonych rygorem terminowości opłat. Ale przecież stać mnie, bo zarabiam naprawdę nieprzeciętnie jak na tamte czasy i człowieka w takim wieku. Do czasu.

W pracy nadszedł moment weryfikacji przez „górę” tego, co możemy w naszym salonie – czyli po dwóch latach firma, wiedząc już, jakie mamy obroty “dostosowała” do nich plany sprzedażowe – i tak z realizacji 150-200% nie byliśmy w stanie osiągnąć nawet 80%, co oznaczało miesiąc w miesiąc gołą wypłatę – bez premii, a to ona stanowiła jakieś 80% całości wynagrodzenia dotychczas. Mój portfel chudł, a stałe wydatki nie malały. Czasem nawet rosły – jak wspomniane składki ubezpieczenia samochodu, czy też rata kredytu spowodowana zmianami kursu CHF.

 

Frustracja przyszła szybko

Uwierzcie – nie minęło nawet pół roku w pracy, kiedy czułem, że nie mam już na nic wpływu i jestem na równi pochyłej – na koncie stopniało szybko a wpływów brakowało. Ale OK, przecież mam doświadczenie kilkuletnie u lidera w branży, mam za sobą wyniki, przecież lepszą pracę znajdę bez problemu i taką też podejmuję decyzję. Nową pracę znalazłem faktycznie od razu. Nową, co nie oznacza lepszą. Okazuje się, że poziom zarobków w mojej poprzedniej pracy to było jakieś kuriozum i w zasadzie nigdzie indziej branża nie jest w stanie na takim stanowisku zaoferować tego poziomu wynagrodzenia. Szlag! Szukam więc dalej.

Robi się naprawdę nieprzyjemnie, bo ciągle szukając, nie angażuję się nigdzie, gdzie aktualnie pracuję, łatwo sobie wyobrazić jak to wpływa na wyniki i stosunki z przełożonymi. To tylko kwestia czasu, kiedy pojawia się pierwszy okres bez pracy. Rozumiecie? Brak przychodu, przy wszystkich obciążeniach, jakie mam… To już nie tylko frustracja, ale też strach, a ten jest naprawdę paraliżujący.

Paraliżuje tak, że czuję, jak tracę pewność siebie, jak popadam w apatię, markuję działania, by przed sobą usprawiedliwić się, że coś robię, a tak naprawdę tkwię i czekam na rozwój sytuacji. Ale jaki rozwój sytuacji, skoro sam nic nie robię? Zatem postanawiam coś jednak zrobić…

 

Zapnijcie pasy!

Aby usprawnić poszukiwanie pracy, stwierdzam, że potrzebuję nowego laptopa – do tej pory nie miałem komputera w domu, bo dostęp do niego zapewniała mi każda praca. Kupuję lapka, na raty, mam zdolność wynikającą z historii konta z moich tłustych czasów. Ale czy dziś będę miał z czego to spłacić? To kolejna rata – mam już tę za samochód, za mieszkanie, opłaty do wspólnoty, paliwo do auta, sporo wyjazdów na rekrutacje, również do innych miast… No ale bez laptopa nie ruszę – tak myślę.

Nie mam pracy, więc mam mnóstwo wolnego czasu, chodzę coraz później spać, coraz później wstaję, towarzyszy mi laptop, w tym marazmie. Z nudów, tak – z nudów, zakładam konta na kolejnych portalach społecznościowych, zaczynam coraz częściej wychodzić na całonocne imprezy na mieście. Czy mnie stać? Oczywiście, że mnie stać, nawet na najdroższe drinki na barze w najlepszym klubie w Poznaniu, przecież niedawno w salonie telefonii komórkowej, kiedy byłem tam odblokować zablokowany telefon z powodu opóźnienia płatności, sprzedano mi świetną kartę kredytową z limitem na 15 000 zł – idealny produkt dla mnie, borykającego się z płynnością finansową… Mam nadzieję, że czujecie te opary absurdu i autosarkazm wskazujący na moje idiotyczne postępowanie…

 

Komu nie zapłacić?

Żeby spłacić pierwsze zadłużenie na karcie kredytowej, postanawiam nie płacić zaliczek do wspólnoty za mieszkanie – oni tak się nie upominają jak ci z banku, poza tym, co mi zrobią, a ci od karty przecież mi ją zablokują, a tam tyle limitu jeszcze na imprezy… Tych zaliczek do wspólnoty nie płacę kilka miesięcy. Przychodzą jakieś upomnienia i rozliczenia z dużym minusem na początku, ale kto by się przejmował, jestem królem życia, mam kartę kredytową. Aha, no i limit w koncie – ten mam na 10 000 zł, bo bank sam zaproponował  i wystarczyło kliknąć dwa razy w necie.

Wspólnota mieszkaniowa przychodzi. Z kwitem na ponad 6000 zł, po około roku. Ale bez upomnienia – wyłączają ogrzewanie w mieszkaniu, by włączyć ponownie, muszę spłacić całość. Nie mam z czego. By mieć ciepło w domu, grzeję farelką, na prąd. Domyślacie się już? Tak, rachunki skaczą ze 100 zł do ok. 300 zł. Czy je płacę? Tak, dopiero kiedy odłączają mi licznik prądu i muszę za usługę podłączenia zapłacić dodatkowe 500 zł.

 

Jestem dłużnikiem

Pogrążam się. Z jednej strony zdaję sobie z tego sprawę, z drugiej uciekam myślami i tym, co robię na co dzień – mam już oczywiście jakąś pracę, ale z wypłaty nie wystarcza na połatanie wszystkich powstałych dziur, więc lawiruję – tu mi wyłączą, tam odetną, tu zablokują, tu już piszą o komorniku, tam egzekucja z wynagrodzenia… Kiedy to się stało??? Brakuje mi mocy, czuję, jak chodzę z nerwowo zaciśniętymi zębami, ze strachem otwieram skrzynkę pocztową, bo pod ulotką marketu kto wie, jaka koperta z czerwoną pieczątką znowu będzie… Telefonu nie odbieram od numerów, których nie znam. A od czasu, kiedy wziąłem szybką chwilówkę na doraźne połatanie rachunków, nie podnoszę domofonu i nie otwieram drzwi, jeśli nie spodziewam się nikogo. Jestem dłużnikiem. Mam dwadzieścia parę lat i tak zaczynam. Czy może już skończyłem, właśnie?

Tego nie wiem, nie wiem nic, nie dzielę się tym z nikim, bo wstyd, bo głupio, bo hiszpańska płytka w łazience, a brakuje 200 zł – na paliwo, na rachunek telefoniczny. To jest właśnie spirala zadłużenia. Ona tak naprawdę rozkręca się nie na płaszczyźnie ekonomicznej, ale psychologicznej. Wtedy, kiedy zaczynasz chować twarz, boisz się rozmowy, z kimkolwiek.

 

Badania na osobach zadłużonych pokazują, że to młodsze osoby w wieku między 18. a 34. rokiem życia wydają za dużo pieniędzy, co mogłoby świadczyć, że nie kontrolują swoich wydatków i są skłonne do zakupów pod wpływem impulsu. Co ciekawe, z badania wynika, że to mężczyźni częściej niż kobiety wskazują, że zbyt duże wydatki są powodem ich kłopotów finansowych (tak odpowiedziało niemal 22% panów względem ponad 13% pań). Z kolei osobom po 55. roku życia częściej zdarza się wpaść w zadłużenie z powodu przecenienia swoich możliwości finansowych, niskich przychodów lub wydatków związanych z chorobą swoją lub bliskiej osoby. Wyniki badania pokazały też, że brak wiedzy finansowej jest powodem zadłużenia się zarówno najmłodszych konsumentów (między 18. a 24. rokiem życia), jak i osób starszych, po 55. roku życia.

 

Ale jak ma być inaczej, kiedy ściga cię kilka firm windykacyjnych, masz kilka spraw komorniczych, zajętą część wynagrodzenia, pisma z banków, salda ujemne u każdego dostawcy usług, Urząd Skarbowy z tytułami egzekucyjnymi, długi w ZUSie, bo nawet z działalnością gospodarczą próbowałeś… I to trwa, nie wskazując, że coś ma się zmienić. Ale coś musi się zmienić – coś w głowie dłużnika. I u mnie następuje ten moment.

 

Przyparty do muru

Kiedy naprawdę nie było już gdzie uciec, kiedy wykorzystałem już naprawdę wszelkie możliwości uników, zacząłem rozmawiać. To było wtedy, kiedy dostałem pismo z sądu, w którym „proponowano” mi na podstawie zaocznego wyroku nakazowego zamianę niespłaconego zadłużenia na 14 dni pobytu w zakładzie karnym… Aby do tego nie doszło, musiałem stawić się osobiście w sądzie w wyznaczonym terminie, złożyć wyjaśnienia i na miejscu wpłacić należność. Oczywiście takie sankcje nie groziły mi za samo posiadanie długu w banku, za niespłaconą hipotekę, czy zaległości we wspólnocie, ale za niezapłacone mandaty czy inne kary grzywny, które po drodze też licznie się pojawiały. To był przełom. Po pierwsze zaszło to za daleko. Po drugie w sądzie okazało się, że nawet tu można rozmawiać – zapytano mnie, czy jestem gotowy spłacić w całości – oczywiście, że byłem, bo tak wynikało z pisma – że muszę, ale jakbym nie był, to można dalej rozkładać na transze.

Po, jakby nie było, w finale pozytywnym doświadczeniu z sądem zacząłem rozmawiać – odbierać telefony, otwierać drzwi, sam dzwoniłem do komorników, którzy przysyłali pisma, informując, że chcę jak najszybciej uregulować zaległości i co mogę w tym kierunku zrobić. Okazało się, że z każdą z tych instytucji, tak jak z sądem, można się po prostu dogadać. Pytają, jakie mam przychody, kogo na utrzymaniu, jakie jeszcze należności i wspólnie ustalamy racjonalne kwoty spłat.

Dziś umiem wymienić kilkanaście firm windykacyjnych, znam na pamięć nazwiska i adresy kilkunastu komorników w województwie, znam się z kilkoma poborcami z Urzędów Skarbowych. Niewiarygodne? Może łatwiej uwierzyć, kiedy powiem, że cały ten etap – od zadłużania się po wychodzenie z tego trwał łącznie… 15 lat. Z czego na dno idzie się jakieś 3 lata, a reszta to mozolne podnoszenie się. Na pewno mogło to trwać krócej, mogło być łatwiejsze i na pewno kosztowałoby mniej, dosłownie kosztowało, gdybym wcześniej zaczął widzieć partnera np. w firmie KRUK, która była jedną z pierwszych w kolejce po wierzytelności i kiedy chodziło o jeszcze stosunkowo małe kwoty.

 

 

Ostatnia koszula?

Mnie najbardziej przerażał kontakt z drugim człowiekiem, wiecie bezpośrednia konfrontacja – tego mnie z tą smutną rzeczywistością. I oni w KRUKu chyba to wiedzą, bo usilnie starali się właśnie to przełamać – dostać się do tego nieszczęsnego dłużnika, ale nie po to, by zdjąć z niego ostatnią koszulę, ale po to, by poznać sytuację i pomóc z niej wyjść. Bo wbrew pozorom, taki ja nie byłem jedyny, to jest problem globalny, a wówczas w dobie niefortunnie zaciągniętych hipotek było tego mnóstwo. Z  pustego i Salomon nie naleje i oni w KRUKu to wiedzą, że ślepa egzekucja nie będzie skuteczna, ale rozmowa i wypracowanie rozwiązania. Bo jak wspomniałem w oparciu o własny przykład – tu jest więcej psychologii niż finansów i to głowa dłużnika robi więcej problemów niż faktycznie ich jest. A ten film właściwie opowiada moją historię, czyli w KRUKu wiedzą, jak jest w życiu!

 

 

Dziś jest jeszcze łatwiej bo zadłużeniem w KRUKu można zarządzać przez internet. Mają dedykowaną platformę do tego: e-kruk.pl i jak widzę to rozwiązanie to wiem doskonale, że mi w ówczesnej sytuacji taka opcja pomogłaby niezwykle! Świetnie, że dziś borykający się z brakiem płynności finansowej mają o tyle łatwiej – nie muszą się, jak ja wtedy, ukrywać, chować głowy w piasek, odbywać rozmów face to face, które są sporym obciążeniem, przez które trudno było nawet zapoznać się ze swoją sytuacją, czyli byłem w takim położeniu, że nawet nie wiedziałem, na czym stoję – ile mój dług urósł, ile do spłaty, co mi grozi. W platformie e-kruk.pl jest to wszystko jasne i po prostu możesz na chłodno zarządzić tymi należnościami – pozostaje więc taki dług w sferze ekonomicznej, co jest dużo łatwiejsze niż wtedy, kiedy robi się z tego problem psychologiczny.

Nade wszystko – jak wskazują dane – jest to też duży problem społeczny, więc nie należy go lekceważyć – globalnie i systemowo, ale i osobiście – jeśli masz tego rodzaju potknięcia, jak najszybciej coś z tym zrób, nie bądź bierny, działaj. Nie rób tak, jak ja zrobiłem – zgotowałem sobie piekło na 15 lat życia, to niby tylko pieniądze, ale jeśli przygniata cię jakieś ćwierć miliona łącznego zadłużenia i wiesz, że możesz już tak skończyć… to nie jest łatwo z tym chodzić. Zdecydowanie więc lepiej jest skończyć z tym, niż skończyć tak.

Dziś nie jestem winien nikomu ani złotówki, nie mam najmniejszego kredytu, pożyczki, zadłużenia w instytucjach ani u osób prywatnych. Mało tego, jestem dużo ponad kreską – nie mam nawet kredytu hipotecznego a mieszkanie udało mi się sprzedać z dużym zyskiem. Swobodnie mogę dysponować tym co mam, nie muszę się bać, że ktoś przyjdzie i upomni się o coś co nie jest moje. Można! Można z takiego dna wyjść na powierzchnię.

 

Moja historia, prawdziwa, a i tak opowiedziana tu tylko w części, bo nie sposób tych 15 lat w szczegółach opisać w kilku akapitach, niech będzie dla każdego mającego podobny problem, zachętą, by działać. A każdemu, kogo taki problem nie dotyczy, niech zapisze się w głowie, jako czerwone pole ostrzegawcze, że naprawdę niewiele trzeba.

 

Patronem wpisu jest marka KRUK
Komentarze